czwartek, 13 grudnia 2012

Korektorzy w biurach tłumaczeń. Dogmaty i świętości

Poprzednio skupiłem się na temacie próbek. Konsekwentnie, warto wspomnieć w kilku słowach tych, którzy owe próbki poddają surowej ocenie. 

Liczne biura tłumaczeń działające w Polsce wypracowały jeszcze liczniejsze procedury obsługi dostarczonego do nich przetłumaczonego dokumentu. Niektóre z nich zatrudniają tzw. korektorów, których zadaniem jest ocena poprawności merytoryczno-stylistycznej i wizualnej pracy tłumacza. Część biur uznaje racje korektora za ostateczne. Religijną niemal czcią otacza się tzw. native speakerów. Zdanie – ‘nasz native speaker twierdzi’ (i tu pada konkretne twierdzenie) ma w zamyśle zniechęcić tłumacza do dyskusji i zmusić go do wyrażania skruchy. Zdarzają się jednak i takie biura, które zatrudniają korektorów faktycznie w celu dostarczania klientom dobrze przetłumaczonych dokumentów. Korektorzy wówczas po prostu współpracują z tłumaczem nie siląc się na złośliwości czy bzdurne zmiany mające w zamyśle podkreślić ich niepodważalną wiedzę. 

Korektor może odesłać tekst do tłumacza z naniesionymi uwagami i prośbą o ustosunkowanie się do nich. Jest to typowa procedura świadcząca o tym, że biuro poważnie podchodzi do swoich zobowiązań wobec klienta. Współpraca tak podchodzącego do swojej pracy korektora z tłumaczem może być wyjątkowo owocna i pożyteczna dla tłumacza, zwłaszcza, jeżeli korektor jest tłumaczem z wieloletnim stażem lub specjalistą w danej dziedzinie. 

Znacznie częściej tłumacz otrzymuje jedynie do wglądu skorygowany przez korektora tekst. W takiej sytuacji warto zapoznać się z naniesionymi zmianami i wyciągnąć z nich wnioski. Najczęściej, jeżeli tekst po korekcie dostarczany jest bez żadnych dodatkowych uwag, dokonana korekta jest nieznaczna i dotyczy raczej drobnych poprawek stylistycznych. W swoim zamierzeniu naniesione drobne poprawki mają po prostu wskazać, że korektor zapoznał się dokładnie z tekstem poświęcając mu stosowną ilość czasu. Jeżeli jednak naniesione zmiany są ‘gruntowne’, zdecydowanie należy się z nimi zapoznać i wyrazić swoją opinię (jeżeli procedury w danym biurze dopuszczają takie działanie). Może się zdarzyć, że korektor z różnych przyczyn wykonał korektę ‘na siłę’ wypaczając znaczenie części tekstu, lub wykonał korektę z podobnym skutkiem bez zapoznawania się z tekstem źródłowym itp. W razie konfliktu podstawą jest zawsze (i wszędzie) rzeczowość dyskusji i konkretna argumentacja oparta na źródłach, które są ogólnie dostępne. 

Problemem, który warto wspomnieć, jest zatrudnianie studentów na stanowisku korektorów. Prawdopodobnie osoby zarządzające takimi biurami wychodzą z założenia, że sam fakt zapoznania się przez drugą osobę z efektami wykonanej pracy jest wystarczającą podstawą do przekonania o nienagannej jakości dokumentu dostarczanego do klienta. Niestety, w rzeczywistości niedoświadczeni korektorzy popełniają ewidentne błędy. Dyskusja jest raczej niemożliwa.  Takie osoby uznają, że zajmowane przez nich stanowisko zapewnia im nieomylność. Swoje obowiązki wypełniają gorliwiej niż pracownicy ochrony w pierwszym tygodniu pracy. 

Dogmat o nieomylności papieża i native speakera

Pamiętam sytuację, gdy moje tłumaczenie zakwestionował native speaker. Przy słowie sand blasting (piaskowanie) napisał, że takie wyrażenie po prostu nie istnieje. Podobnie zakwestionowano w mojej pracy inne zastosowane przeze mnie słownictwo. Dla wyjaśnienia sprawy wystarczyło podanie kilku linków do słowników renomowanych wydawnictw dostępnych w sieci. Fakt, że native speaker nie znał podstawowego słownictwa branżowego może bulwersować. Tym bardziej, że takie osoby są zazwyczaj traktowane przez biura / klientów za nieomylne. To dość ciekawe podejście. Przecież polski piłkarz też jest native speakerem. Ilu polskim piłkarzom ktokolwiek powierzyłby tekst do korekty? Dlaczego więc mamy padać na kolana przed farmerami z Wisconsin? 

Nie należy wpadać w panikę, gdy jakość pracy wykonanej przez tłumacza podważa native speaker czy ktokolwiek inny. Jeżeli tłumaczenie oparte jest na solidnych i merytorycznych podstawach, tłumacz ma prawo argumentować za swoimi racjami niezależnie od tego, kto znajduje się po drugiej stronie monitora.

Podczas współpracy z ludźmi dobrze sprawdza się znana z kodeksu drogowego zasada 'ograniczonego zaufania'. W mojej praktyce zawodowej zdarzyło mi się doświadczyć sytuacji, że korektor samowolnie i bez żadnych konsultacji ze mną nanosił poprawki na wykonane przez mnie prace. Sprawa wyszła na jaw. Tekst, w który ingerował korektor bez żadnych konsultacji, był przedmiotem reklamacji. Ze zdziwieniem zauważyłem, że fragmenty, które klient uznał za wadliwe różniły się od tekstu, który wysłałem do biura tłumaczeń (przypominam o konieczności prowadzenia archiwum). Dopiero rozmowa telefoniczna z właścicielem biura i bezpośrednia wymiana korespondencji uświadomiła pracodawcy korektora, że dał niedoświadczonej osobie zbyt duże pole do popisu. 

W tym miejscu został poruszony istotny wątek. Drogą poczty elektronicznej nie da się rozwiązać wszystkich problemów. Nie należy unikać bezpośredniej rozmowy z biurem / klientem. Zamiast ‘odbijać piłeczkę’ prowadząc rozległą korespondencję z często anonimową osobą po drugiej stronie monitora warto rozważyć bezpośredni kontakt z przełożonym tej osoby. Spokojna i szczera rozmowa pozbawiona zabarwienia emocjonalnego wzmacnia pozycję tłumacza wobec klienta / biura. Jakkolwiek by to nie brzmiało, poczta elektroniczna odbiera korespondującym w ten sposób ludziom 'osobowość’. Rozmowa telefoniczna uświadamia partnera, że ma do czynienia z żywym człowiekiem, który ma swoje racje i sposób ich przedstawiania.


czwartek, 29 listopada 2012

Próba sił, czyli jak ugryźć próbkę


Po złożeniu oferty do biura tłumaczeń, tłumacz może otrzymać tzw. próbki tłumaczeniowe, mające na celu zweryfikować jego umiejętności. Część tłumaczy odrzuca taki sposób sprawdzania ich umiejętności, zamykając sobie drogę do współpracy z biurem. Dotyczy to zwłaszcza tłumaczy przysięgłych, którzy uważają próbę kontroli ich umiejętności za urągającą. Nie komentując tego faktu zwracam uwagę, że dzięki temu szansę dostają także zupełnie początkujący tłumacze.

Próbka próbce nierówna

Próbki tłumaczeniowe, to z reguły jeden lub kilka krótkich tekstów o różnej skali trudności, mające wykazać umiejętności tłumacza w danej dziedzinie. W przypadku próbki przysłanej przez wydawnictwo, tekst może być szerszy objętościowo i zawierać nawet kilka stron. Niemniej jednak przestrzegam przed wykonywaniem próbek, które są przykładowo całym rozdziałem książki.

Prezentuj broń

Próbki są w świecie tłumaczeń normą. Są pewnego rodzaju ‘rozmową kwalifikacyjną’, na której wypada pokazać się od jak najlepszej strony i tak też należy do zadania podejść. Wykonując próbkę należy zadbać o każdy najmniejszy szczegół, jakość naszej pracy będzie determinowała podjęcie lub niepodjęcie przez biuro/klienta współpracy z tłumaczem. Jeżeli próbka dostarczona jest z instrukcją, w jaki sposób należy wykonać i dostarczyć tekst, instrukcję należy dokładnie wypełnić. Nie ma miejsca na improwizację lub dowolność. Jest bodajże tylko jedno odstępstwo od tej reguły.

Śrutownica? Dziękuję, postoję

Jeżeli, dla przykładu, próbka będzie składała się z sześciu krótkich tekstów z różnej tematyki, z której dwa teksty pozostają poza obszarem specjalizacji tłumacza, tłumacz swobodnie może (a nawet powinien) pominąć oba nieleżące mu tematy. Oczywiście, odsyłając próbkę do oceny biura, należy dokładnie opisać, dlaczego pomięto dwa teksty. Nie należy się bać takiego działania. Umiejętność przyznania, że są obszary, w których nie wystarcza tłumaczowi wiedzy nie są powodem do wstydu. Takie informacje przekazywane do biura świadczą o dojrzałości i odpowiedzialności tłumacza.

Tłumacz daje pracownikom biura wyraźny i czytelny sygnał, że nie jest desperatem, który za wszelką cenę podejmie się każdego zadania nie bacząc na skutki potencjalnych błędów. Z całą pewnością pracownicy lub właściciele solidnego biura docenią taką osobę, zaś z niesolidnymi biurami współpracę po prostu odradzam.

Amber Gold w świecie tłumaczy
Pozostając w temacie próbek tłumaczeniowych należy wspomnieć o kwestii nieuczciwych biur. Może zdarzyć się, że tłumacz otrzyma w ramach próbki kilka, a nawet kilkanaście stron jednolitego tekstu. W takiej sytuacji można nabrać podejrzenia, że rzekoma próbka nie tyle jest próbką, co próbą wyłudzenia kilku lub kilkunastu stron tłumaczenia za ‘friko’. Rozsyłając takie ‘próbki’ do kilku tłumaczy, nieuczciwe biuro może zyskać bezpłatnie tłumaczenie całkiem pokaźnego dokumentu. 

Podsumowując, próbki są także okazją do nauki. Przeglądając zmiany i uwagi korektorów można poprawiać i modernizować swój warsztat. W moim przekonaniu to lepszy sposób na kształcenie niż popularne zdobywanie doświadczenia w ramach 'wolontariatu'.  


środa, 14 listopada 2012

Format PDF – Potraktuj Dokument Fortelem. Cykl mini poradnika dla początkujących tłumaczy


Klient płaci i wymaga. Przy okazji lubi też uprzykrzyć życie tłumaczowi, przesyłając dokumenty zamknięte w formacie PDF

Format PDF został stworzony po to, aby nie ingerować w zamknięty w tym formacie plik. Stąd, praca nad tego rodzajem plikiem jest utrudniona, zwłaszcza, jeżeli tłumacz chce (a takie jest często życzenie klienta) zachować jedność wizualną tłumaczonego dokumentu w dokumencie finalnym. Tłumacz nie musi w ułamku sekundy rozpoznawać wykorzystanych w dokumencie czcionek ani nie ma możliwości wykonania rysunków technicznych lub innych pojawiających się w tekście źródłowym zamkniętym w dokument formatu PDF. Oczywiście, można umówić się z klientem, że zadanie tłumacza będzie ograniczało się do przetłumaczenia treści dokumentu i wskazanie, gdzie w tekście winien znaleźć się rysunek. Niemniej jednak część tłumaczy radzi sobie doskonale z takimi dokumentami zwiększając w ten sposób swoją konkurencyjność.

Łatwo się domyśleć, że skoro zaistniała potrzeba ‘odszyfrowania’ dokumentu w formacie PDF, czyli jego konwersji do postaci edytowalnej, rynek odpowiedział na takie zapotrzebowanie. W sklepach oraz w sieci Internet dostępnych jest szereg programów, których zadaniem jest konwersja pliku PDF do postaci, w którą można ingerować (tzw. postać edytowalna). Nie trzeba wyjaśniać, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu tego rodzaju oprogramowania tłumacz przyśpiesza swoją pracę i podnosi wartość wizualną pliku finalnego. Problem nieedytowalnych plików jest mało palący, gdy dokument jest przykładowo dwustronicowym tekstem. Jednakże, gdy tłumacz ma do czynienia z wielostronicowym dokumentem naszpikowanym tabelami, rysunkami, mnogością zastosowanych czcionek itd. korzystanie z konwertera plików pdf może okazać się niezbędne. Osobiście korzystam z rodziny programów Abbyy FineReader.

Imagine there's no heaven – śpiewał John Lennon…

Najwyraźniej John Lennon też spotykał się z klientami, którzy nie dość, że do tłumaczenia oddają plik w formacie PDF, to zastawiają na tłumacza dodatkową pułapkę.
Sporadycznie może się zdarzyć, że przysłany dokument w formacie PDF jest zabezpieczony hasłem przed jego konwersją do postaci edytowalnej (tzn. po jego ‘wrzuceniu’ do programu konwertującego format pdf na format edytowalny należy podać hasło). Jest to zjawisko stosunkowo rzadkie. Niemniej jednak, bardzo często tłumacz przekonuje się o prawdziwości przysłowia mówiącego o tym, że ‘nieszczęścia chodzą parami’. Z reguły klient nie zna hasła odbezpieczającego plik. W takiej sytuacji przydaje się posiadanie drukarki z wbudowanym urządzeniem skanującym. Po wydrukowaniu, plik można zeskanować i tym razem z jego konwersją do postaci edytowalnej nie będzie najmniejszego problemu.

Problematyka rzucania kłód pod nogi tłumacza zanim ten jeszcze przystąpi do pracy jest wyjątkowo szeroka. Poważnym problemem dla tłumacza może się okazać wykonanie tłumaczenia pliku w formacie Excel lub Power Point. Dlatego mocno zachęcam do poszukiwania rozwiązań w sieci Internet, która obfituje w liczne programy ułatwiające tłumaczom życie (np. oprogramowanie, które jest w stanie przesłać tekst z prezentacji w formacie PowerPoint do edytora Word, a finalne tłumaczenie wyeksportować z powrotem do tego samego programu). 

Mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że jeżeli tłumacz napotkał jakiś problem, problem ten został już rozwiązanych a informacji wystarczy tylko umiejętnie poszukać w Internecie. Do poszukiwania nowych rozwiązań zachęcam zwłaszcza osoby, które jeszcze nieobarczone dużą liczbą zleceń mogą poświęcić czas na takie działanie. Być może dzięki temu, po kilku latach pracy nie natkną się na rozwiązanie, którego wcześniejsze poznanie oznaczałoby oszczędność wielu godzin pracy!

środa, 31 października 2012

7 sposobów na uzyskanie statusu bezrobotnego tłumacza pisemnego.


Tłumaczysz pisemnie dla biur tłumaczeń, masz za dużo pracy a biura nie uznają słowa nie? Na szczęście możesz z łatwością się ich pozbyć.

Bądź niepunktualny
Dla tłumacza, który nie dostarcza pracy w umówionym terminie nie ma wytłumaczenia. Rzecz jasna, nie piszę tutaj o drastycznych sytuacjach, gdy przykładowo tłumacz uległ wypadkowi i nawet nie miał szansy poinformować o tym fakcie biura. Natomiast nagminnie zdarza się, że osoby przyjmujące zlecenie ignorują wyznaczony termin, wpędzając biuro tłumaczeń w poważne kłopoty. Należy zdać sobie sprawę z faktu, że często biura podpisują ze swoimi klientami umowy. Częścią składową takich umów są kary umowne, naliczane między innymi na skutek opóźnionego dostarczenia pracy.  
Mogłoby się wydawać, że to zjawisko opóźnionego oddawania prac przez tłumaczy jest marginalne, ale mnogość tego typu skarg na tłumaczy na forach branżowych dowodzi, że ilość osób lekko traktujących swoje zobowiązania jest zatrważająca. Dość groteskowe okazują się także późniejsze tłumaczenia osób, które nie dotrzymały terminu.

Nie tłumacz się
Jeden z tłumaczy pracujący dla biura, z którym miałem przyjemność współpracować spóźnił się znacznie z oddaniem pracy. Na pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy odrzekł szczerze, że ‘nie mógł dotrzymać terminu, bowiem jego pies jęczał i domagał się spaceru’. W mniemaniu tego tłumacza, takie wytłumaczenie było wystarczające dla przeszło ośmiogodzinnego opóźnienia! Tłumaczenie posiadacza jęczącego psa wypada blado, przy sytuacji, którą poznałem przeglądając jedno z forum dla tłumaczy. Opisano tam drastyczną sytuację, w której naciskana przez klienta właścicielka biura tłumaczeń jakimś cudem zdobyła numer telefonu do rodziców tłumaczki, której zleciła pracę. Było to konieczne, bowiem tłumaczka najwyraźniej ‘zgubiła’ telefon. Od zrozpaczonych rodziców tłumaczki dowiedziała się, że tłumaczka dwa dni wcześniej zginęła w nieszczęśliwym wypadku drogowym. Wstrząśnięta nie kontynuowała tematu. Dopiero po kilku miesiącach od wydarzenia, wiedziona intuicją i ciekawością weszła na stronę internetową nieżyjącej już tłumaczki. Ze zdziwieniem zauważyła, że strona jest najnormalniej w świecie aktualizowana i tłumaczka ma się w jak najlepszej formie. Nie znam dalszego ciągu tej historii, ale ona doskonale obrazuje, do czego prowadzi niekompetencja ludzi, z którymi może nawiązać współpracę biuro.

Bądź niechlujny
Temat niechlujstwa tłumaczy jest tematem rzeką. Nie będę się skupiał nad merytorycznymi niedoskonałościami tłumaczy, bo o tym traktują liczne pozycje dostępne w księgarniach, autorstwa ludzi z pewnością dużo bardziej kompetentnych ode mnie. W tym wpisie bardziej chodzi mi o wizualną stronę oddawanych do klienta prac. Nieformalnym standardem jest oddawanie tłumaczenia w stanie możliwie jak najwierniej odzwierciedlającym oryginał dokumentu, nad który tłumacz pracuje. Jeżeli w tekście źródłowym znajduje się tabela o określonej ilości kolumn i linii, taka sama tabela wraz z tłumaczeniem powinna się znaleźć w przetłumaczonym dokumencie. Jeżeli tekst jest pisany czcionką Times New Roman, taką samą czcionką należy wykonać tłumaczenie. Jeżeli w tekście źródłowym jakiś fragment jest wytłuszczony, fragment tłumaczenia oddający znaczenie wytłuszczonego tekstu źródłowego również winien być wytłuszczony itp. Nie można oddawać do rąk klienta czegoś, co kompletnie nie nadaje się do użytku. Pokrzywionych tabel, w których tekst ‘ginie’, Brakujących (przeoczenie) fragmentów tekstu, nagłówków, które zamiast na górze strony znajdują się na dole, klient po prostu takiej pracy nie zaakceptuje. Nawet najlepsze od strony merytorycznej tłumaczenie dostarczone w nieakceptowalnej formie powoduje niską finalną ocenę jakości pracy z wszystkimi tego konsekwencjami. Z drugiej strony, z różnych przyczyn zdarza się, że nawet kiepskie tłumaczenie zyska akceptację klienta, jeżeli jego wizualna forma go zadowoli. Najwyraźniej mają rację specjaliści od marketingu skupiając się nad opakowaniem produktu, a niekoniecznie nad jego zawartością.

Rzecz oczywista, może się zdarzyć, że przesłany dokument źródłowy sam w sobie jest w fatalnym stanie. Częściowo nieczytelny, z ledwie widocznymi rysunkami lub danymi liczbowymi, których odczytanie sprawia wiele trudu. Trudno oczekiwać od tłumacza, aby w takiej sytuacji w dokumencie tłumaczenia dostarczył świetnej jakości rysunki.

Samodzielnie podejmuj ważne decyzje
W sytuacji opisanej powyżej, gdy tekst jest nieczytelny i nie gwarantuje uzyskania przyzwoitej jakości dokumentu docelowego należy jak najszybciej skontaktować się z biurem i ustalić zasady, na jakich zostanie oddane tłumaczenie. Być może biuro wynegocjuje z klientem, że tłumaczony dokument będzie dostarczony bez rysunków, a nieczytelne dane zostaną opatrzone stosownym komentarzem. Rozwiązań jest bez liku, ale wszystkie opierają się na rozmowie z biurem, dobrej i rzeczowej współpracy. Fatalna jakość tekstu źródłowego nie zwalnia tłumacza, który przyjął zlecenie, z odpowiedzialności za stan dostarczonego do biura / klienta tłumaczenia. W tym miejscu należy wspomnieć fakt, który może bulwersować tłumaczy. Zdarza się, że pracownik biura przesyłając dokument do tłumacza nawet go nie otworzy. Tym bardzie niezbędna jest prawidłowa komunikacja między tłumaczem a pracownikiem biura.

Nie korzystaj z modułu sprawdzania pisowni
Ostatnią rzeczą, o której wspomnę przy okazji tak pojmowanego przeze mnie niechlujstwa, jest niekorzystanie z modułu sprawdzania pisowni, wbudowanego w większość edytorów tekstowych. Konsekwentnie, nawet poprawne i schludne wizualnie dokumenty najeżone są tzw. literówkami, których spore nagromadzenie może być przyczyną niepotrzebnej reklamacji i kłaść się cieniem na reputacji tłumacza. Każdorazowo przed oddaniem finalnej wersji dokumentu należy bezwzględnie sprawdzić tekst z pomocą modułu sprawdzania pisowni. Warto też przypomnieć, że najpierw ten moduł należy odpowiednio ustawić. Edytor ‘Word’ najczęściej po zainstalowaniu ma zaznaczoną w ustawieniach opcję ignorowania wyrazów pisanych wielkimi literami.

Nie kontroluj, czy wysłany dokument dotarł do biura
Zdarza się, że wysłany dokument nie dociera do adresata. Może to być sprawka przeciążonego serwera, odczytania wiadomości przez program jako wiadomości typu SPAM, ale może to być także efekt przemęczenia tłumacza, który zasnął na klawiaturą zanim jeszcze zdążył nacisnąć przycisk ‘wyślij’. Koniecznie należy ustalić zasady potwierdzenia odbioru dokumentu z klientem. Dobrze zorganizowane biura natychmiastowo potwierdzają odbiór dokumentu, co świadczy o ich zaangażowaniu i szacunku dla wysiłku tłumacza.   

Ale przede wszystkim ignoruj wiadomości e-mail i nie odbieraj telefonu
W sytuacji, gdy biura próbują skontaktować się z tłumaczem, który mimo upływu ustalonego terminu nie oddał pracy, część tłumaczy nagle nabiera wody w usta, nie odpisuje na maile i przestaje odbierać telefony. Nie chciałbym osobiście znaleźć się w sytuacji, gdy z jednej strony klient dopytuje się od stu-stronicowe tłumaczenie, które miało być do klienta dostarczone o godz. 9.00 podczas gdy od trzech godzin tłumacz nie odbiera telefonów i nie odpisuje na wiadomości. Pół biedy, jeśli wykończony nocną weryfikacją śpi sobie smacznie. Gorzej jeśli okaże się, że rozmyślił się ze zlecenia i nie raczył poinformować o tym biura.

Jak widać, jest mnóstwo sposobów na pozbycie się niewygodnego klienta. Gwarantuję wysoki poziom ich skuteczności, zdecydowanie wyższy, niż poziom skuteczności propozycji pozyskiwania klienta. 

wtorek, 23 października 2012

Po pierwsze specjalizacja. Cykl mini poradnika dla początkujących tłumaczy.


Praca tłumacza wymaga nieustannego rozwoju, w codzienny grafik należy wpisać czas na zgłębianie wiedzy dotyczącej dziedzin, które ze względu na specjalizację pozostają w obszarze zainteresowania danego tłumacza.  


Dziedzina tłumaczeń pisemnych zdecydowanie wymaga specjalizowania się w wybranych kilku obszarach tematycznych. Z pewnością dobry, wykształcony i ciekawy świata tłumacz jest w stanie przeciętnie poruszać się w 3 - 5 obszarach tematycznych tłumaczeń. Natomiast informację, że tłumacz jest w stanie przetłumaczyć każdy tekst można interpretować tylko w jeden sposób. Tłumacz, który tak siebie przedstawia, jest osobą absolutnie początkującą i jeszcze zupełnie nie zdaje sobie sprawy z realiów zawodowych oraz odpowiedzialności, którą może ponieść na skutek wadliwego tłumaczenia dokumentu.

Zgubna pewność siebie

Bardzo doświadczonego tłumacza również może cechować zbyt wysoki poziom pewności siebie, który może okazać się zgubny. Nawet w przypadku braku zleceń nie warto rzucać się bezmyślnie na głęboką wodę przyjmując tłumaczenie z dziedziny, o której tłumacz nie ma zielonego pojęcia. Co prawda, może się zdarzyć, że tekst zostanie przyjęty bez zastrzeżeń przez klienta. Nie oznacza to w żadnym przypadku, że tłumaczenie zostało wykonane poprawnie. Brak zastrzeżeń ze strony klienta równie dobrze może oznaczać, że po prostu nie zapoznał się jeszcze z treścią przetłumaczonego dokumentu, co wbrew pozorom często się zdarza. Brak reklamacji może również oznaczać, że klient nawet świadomy niedoskonałości tłumaczenia nie dba o to z różnych względów, co także czasem ma miejsce. Wystarczy wpisać w przeglądarkę internetową ‘karta charakterystyki produktu’ i wczytać się dokładnie w kilka dokumentów, które pojawią się wynikach. Klienci, którzy zlecili takie tłumaczenia prawdopodobnie zlecili tłumaczenie dokumentacji tylko i wyłącznie zmuszeni do tego przez stosowne regulacje prawne. Fakt, że wadliwie przetłumaczone dokumenty umieścili na stronach internetowych tylko potęguje wrażenie, że nikt odpowiedzialny ze strony takich przedsiębiorstw nie wczytał się w treść takich dokumentów uznając prawdopodobnie ich istnienie za niepotrzebny wymóg formalny. 

Tajwańskie wynalazki 

Równie dobrze można sobie wyobrazić, że tłumacz otrzymuje od firmy X, importera tajwańskich centrów obróbczych CNC instrukcję obsługi takiego urządzenia. Równie łatwo można sobie wyobrazić, że instrukcję na język angielski z języka tajwańskiego tłumaczył tajwański student mało zainteresowany jakością swojej pracy. W takiej sytuacji przyjęcie do tłumaczenia tekstu z języka angielskiego na język polski bez dogłębnej znajomości charakterystyki i sposobu działania takich urządzeń jest zadaniem karkołomnym i deprymującym. Jeżeli instrukcja nie jest opatrzona licznymi rysunkami wyjaśniającymi wątpliwą jakość tekstu zadanie jest niewykonalne, a tłumacz podejmujący się takiego zadania bardzo ryzykuje swoją reputacją, a nawet w skrajnym przypadku, zdrowiem i życiem ludzi, którzy będą później korzystać z instrukcji jego autorstwa.

Jest światełko w tunelu

Co jednak ma począć początkujący tłumacz, który do tej pory niewiele miał wspólnego z tłumaczeniami pisemnymi? Na pewno w pierwszej kolejności winien zrobić rachunek sumienia odnośnie tego, na czym się zna. Jeżeli potencjalny tłumacz interesuje się ekonomią i światem finansów, a nawet posiada kilka akcji w swoim portfelu inwestycyjnym, na pewno stanowi to podstawę do tego, by zmierzyć się z tekstem w podobnej tematyce. Jeżeli osoba, która chce podjąć się tłumaczeń pisemnych jest z zamiłowania sanitariuszem, bierze udział w praktycznych szkoleniach dotyczących ratowania życia i zdrowia ludzkiego i rozwija się w tym temacie, nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbowała zmierzyć z prostymi tekstami o tematyce medycznej. Podstawą jest w tym momencie poosiadanie ogólnej, ale głębszej od przeciętnej wiedzy z danej dziedziny. 

Wujek Google jest poręczny, ale ciocią gardzić nieładnie 

Innym pomocnym czynnikiem jest znajomość z osobami biegłymi w dziedzinie, w której tłumacz chce wykonać tłumaczenie. Jeżeli ojciec tłumacza jest inżynierem zajmującym się budową maszyn i wyraża chęć odbywania regularnych konsultacji, tłumacz może pokusić się o tłumaczenie instrukcji przenośnika taśmowego. Jeżeli ciotka jest doświadczoną kadrową, połączenie wiedzy językowej początkującego tłumacza z wiedzą cioci może dać efekt w postaci zupełnie poprawnego tłumaczenia z zakresu human resources. Oczywiście pod warunkiem, że wielogodzinna obecność cioci nie doprowadzi tłumacza wcześniej do rozstroju żołądka. 

Sprzężenie umiejętności językowych tłumacza z wiedzą praktyka jest nieocenione.
W wyżej opisany sposób można powoli i ostrożnie budować podstawy merytorycznej i językowej wiedzy tłumacza. Porywanie się z przysłowiową motyką na księżyc nikomu nie służy. Zwłaszcza w przypadku pierwszego kontaktu z nowym klientem, jakość wykonanej pracy ma kluczowe znaczenie. Należy dołożyć wszelkich starań, aby zbudować wrażenie osoby kompetentnej, solidnej i słownej. Potencjalna reklamacja w przypadku jednego z pierwszych zleceń od nowego klienta praktycznie eliminuje go z grona trudno pozyskanych klientów.

Fajrant koledzy

Z powyższych rozważań wynika, że tłumacz powinien być osobą wykształconą, nastawioną na nieustanny rozwój i ciekawą świata. Osoby, które preferują w ramach relaksu balowanie z przyjaciółmi do samego rana, oglądanie licznych kryminałów w telewizji czy wielogodzinne spacery z czworonogiem nie będą dobrymi tłumaczami. Dociekliwość, nieustanne czytanie, pogłębianie wiedzy - tego procesu nie da się zamknąć w ustawowych ośmiu godzinach dniówki. Chociaż dobra znajomość języka jest podstawą zawodu tłumacza, jest jedynie warunkiem koniecznym ale bynajmniej nie wystarczającym.

Na skutek otwarcia granic Unii Europejskiej blisko dwa miliony ludzi wyjechało w poszukiwaniu pracy do Wielkiej Brytanii oraz innych krajów. Powracające z emigracji tłumy cechuje całkiem przyzwoita znajomość języka. Na tej podstawie część tych osób wpada na pomysł, że zajmie się tłumaczeniem tekstów, uważając swoją znajomość języka za zupełnie wystarczającą. Nie wnoszę zastrzeżeń co do wiedzy językowej części tych osób, ale z powyższych rozważań można wysunąć wniosek, że nawet wieloletni pobyt za granicą nie stanowi wystarczającej podstawy do podjęcia pracy w zawodzie tłumacza pisemnego.
Każdy profesjonalny tłumacz pisemny zdaje sobie sprawę ze swoich niedoskonałości na polu wybranych dziedzin oraz wagi znajomości tematu, którego dotyczy dane tłumaczenie. Konsekwentnie, tłumacze specjalizują się w wybranych kilku dziedzinach i odmawiają wykonywania tłumaczeń z innych dziedzin. 

Wiedza w pigułce 

Podsumowując - nieustanne i regularne pogłębianie wiedzy z dziedziny tłumaczeń, w których tłumacz się specjalizuje jest nieodzownym elementem pracy. Początkujący tłumacz winien szczególnie uważnie dobierać dziedziny tłumaczeń, których się podejmie. Dobrym pomysłem jest współpraca z ludźmi, którzy posiadają odpowiednią wiedzę w danej dziedzinie i zgadzają się na częste konsultacje w tym zakresie. Ponad wszystko należy mieć świadomość, że wadliwie wykonane tłumaczenie może skutkować w skrajnym przypadku nawet zagrożeniem życia ludzkiego a autor tłumaczenia może ponieść tego pełne konsekwencje.

wtorek, 16 października 2012

Archiwum X. Cykl mini poradnika dla początkujących tłumaczy.


Co powinien wynieść z domu tłumacz, gdyby jego dom stanął niespodziewanie w ogniu? Biżuterię, schowaną pod parkietem, skrytkę z obcą walutą? Ja z pewnością chwyciłbym twardy dysk z zapisanym archiwum.

Archiwum tłumacza

W moim archiwum zapisuję każdy jeden dokument dostarczany do moich klientów, opatrzony datą wysłania dokumentu. Tylko w okresie ostatnich dwóch lat znalazło się tam około 1000 dokumentów. Już sama liczba dokumentów wskazuje, że nie jestem w stanie pamiętać każdej oddawanej przeze mnie pracy. W takiej sytuacji proszę sobie wyobrazić, że dwa miesiące po oddaniu pracy do klienta otrzymuję reklamację. Wczytując się w fragmenty oznaczone jako wadliwe przyznaję klientowi rację, dziwiąc się jednocześnie, że mogłem dopuścić się tak karygodnych zaniedbań. Uratować mnie może tylko i wyłącznie moje archiwum. W dobrze prowadzonym i opisanym archiwum znajdę wysłany plik z łatwością. Równie z łatwością mogę udowodnić, że tekst wysłany przeze mnie do klienta był różny od tekstu, który jest przedmiotem reklamacji. Innymi słowy, że ktoś inny ingerował w tekst dostarczony przeze mnie. W sytuacji braku archiwum pozbawiam się takiej możliwości i w opisanej sytuacji złożenia przez klienta reklamacji poniosę jej konsekwencje.

Nie straszny nam KRS

Oczywiście, prowadzenie archiwum nie służy tylko i wyłącznie obronie przed nieuzasadnionymi reklamacjami opartymi o zmiany w tekście, które naniosła inna osoba w cyklu obiegu dokumentów. Posiadanie własnego archiwum zapobiega również powielaniu raz już wykonanej pracy. Doskonałym przykładem niech będzie zlecenie tłumaczenia dokumentów KRS spółki. Najczęściej dokumentacja taka jest przesyłana do tłumacza w dość opłakanym stanie i w formie nieedytowalnego dokumentu. Zwykle jest to skutek niedbale wykonanego procesu skanowania dokumentu, który sam w sobie jest rozbudowany i składa się z licznych tabel i podgrup. Praca nad takim dokumentem jest uciążliwa i czasochłonna. Rysowanie wszelkiego rodzaju tabel w edytorach tekstowych zabiera częstokroć dużo więcej czasu niż sam proces tłumaczenia. Szczęśliwie, dokumenty urzędowe, za pomocą których spółki rejestrują się w Krajowym Rejestrze Sądowym nie ulegają często zmianie. Konsekwentnie, sam druk pozostaje taki sam, a treść zmienia się nieznacznie. Posiadając raz już przetłumaczone dokumenty urzędowe na potrzeby rejestracji spółki w KRS, przy kolejnym tego typu zleceniu wystarczy tylko dokonać niewielkich zmian w tekście dotyczących czy to udziałowców w spółce czy klasyfikacji działalności spółki. W najgorszym razie, tłumacz poświęci na aktualizację dokumentu 20% czasu potrzebnego na tłumaczenie rzeczonej dokumentacji po raz pierwszy. To bardzo mocny argument przemawiający za prowadzeniem czytelnego i rozległego archiwum.

Bank tłumaczeń

Może także dojść do sytuacji, gdy klient po prostu zgubi lub utraci dostarczony do niego dokument. Tłumacz dysponujący archiwum na potrzeby klienta w kilka sekund odnajdzie niezbędną dokumentację budząc tym samym uznanie klienta. Osobiście pamiętam klienta, który będąc już w Chorwacji, na kilka godzin przed ważną rozmową ze swoim potencjalnym kontrahentem uświadomił sobie, że nie wziął nośnika pamięci z zapisanym dokumentem. Na domiar złego, osoby mające dostęp do tych danych były w tym dniu niedostępne. Klient zadzwonił do mnie z pytaniem, czy posiadam jeszcze przetłumaczone dla niego dokumenty. Nie trzeba tłumaczyć, że ulga i wdzięczność klienta były ‘bezcenne’.

Jak prowadzić archiwum?

Archiwum doskonale spełnia swoje zadanie, pod warunkiem, że prowadzone jest w sposób czytelny i umożliwiający szybkie odszukanie dokumentów.

W tym miejscu warto wspomnieć o dobrej praktyce dotyczącej dostarczania klientowi wykonanego tłumaczenia. Otóż oddawany dokument powinien nosić taką samą nazwę jak dokument źródłowy oraz informację na temat języka, w którym jest spisany dokument. Przykładowo, plik źródłowy o nazwie KMBT-020-OW4 po odesłaniu klientowi winien nosić nazwę EN_KMBT-020-OW4 lub KMBT-020-OW4_EN. Dzięki tej konwencji klient nawet bez otwierania pliku doskonale wie, z jakim dokumentem ma do czynienia. Jest to wbrew pozorom istotna kwestia. Wystarczy wyobrazić sobie, że nasz klient to przedsiębiorstwo, które zajmuje się importem kosiarek. Łatwo sobie wyobrazić, że w zależności od sprowadzonego typu kosiarki klient będzie potrzebował instrukcji obsługi tego urządzenia. W takiej sytuacji, zapisanie oddawanego klientowi pliku w formie, przykładowo, PL_instrukcja kosiarki uda się tłumaczowi tylko raz. Kolejnej instrukcji innej kosiarki nie zapisze przecież tak samo, zwłaszcza, jeżeli do tłumaczenia otrzyma na raz trzy podobne instrukcje.

Informacja rządzi światem

W archiwum plik zapisywany przez tłumacza można poszerzyć o drobne informacje, które ułatwią w razie potrzeby jego wyszukiwanie samemu tłumaczowi. Łącząc dwa powyższe przykłady zapisywania pliku, tłumacz może zapisać oddaną instrukcję w archiwum w taki sposób: PL_KMBT-020-OW4_instrukcja kosiarki nr LM5 (22.10.2009 dla kosiarkowo sp. z o. o.). Chociaż taki opis wydaje się bardzo rozbudowany, zawiera mnóstwo informacji, które ułatwiają jego wyszukanie w przyszłości. Instrukcję można dzięki temu wyszukać w archiwum zarówno po nazwie pliku źródłowego, jak i po tematyce tłumaczenia, dacie jego dostarczenia do klienta, która nie musi być równoważna z datą wprowadzenia pliku do archiwum, a także po nazwie przedsiębiorstwa, dla którego wykonano tłumaczenie.

W tym miejscu ktoś mógłby stwierdzić, że przecież pliki automatycznie zapisywane są przez program pocztowy, z którego wysyłane są pliki do klientów. Co jednak począć, gdy zepsuje się maszyna, na której tłumacz wykonywał pracę? W takiej sytuacji grozi tłumaczowi utrata wszelkich danych, w tym również bezcennych danych o wykonanych tłumaczeniach. Wydaje mi się rozsądnym zapisywanie naprawdę ważnych danych na dwóch osobnych i niezależnych nośnikach. Tym bardziej, że koszt dodatkowego nośnika jest absolutnie marginalny w porównaniu z kosztem utraty cennych informacji. Pewnego rodzaju rozwiązaniem jest z pewnością takie ustawienie serwera poczty wychodzącej, by na serwerze zapisywana była cała wychodząca korespondencja (wraz z załącznikami). W ten sposób tłumacz zyskuje pewność, że nawet w sytuacji awarii urządzenia, na którym wykonuje pracę, efekty jego pracy będą mogły zostać odzyskane. Niestety, to rozwiązanie cechuje bardzo poważna wada. Uważny czytelnik na pewno domyśla się, że jest nią bardzo ograniczona możliwość wyszukiwania plików zarchiwizowanych w ten sposób. W praktyce, wyszukiwanie pliku na serwerze poczty wychodzącej ograniczone jest tylko i wyłącznie do wyszukiwania po dacie dostarczenia pliku do klienta. Nie będzie łatwo wyszukać pliku po nazwie pliku ani nawet po nazwie klienta. Teoretycznie można by do wyszukiwania wykorzystać adres mailowy klienta, ale w przypadku większych przedsiębiorstw korespondencja może być kierowana z przeróżnych adresów.

Warto zapamiętać

Podsumowując, uważam dobrze i czytelnie prowadzone archiwum zabezpieczone dodatkowo na nośniku zewnętrznym za bezcenne. W archiwum powinny znajdować się wszystkie dostarczane do klientów pliki. Pliki powinny być opatrzone symbolem języka, w jakim są wykonane. Zapisując pliki w domowym archiwum warto poszerzać opis pliku w sposób maksymalizujący możliwość jego odszukania. 

wtorek, 2 października 2012

Łut szczęścia, czyli tłumaczenie znalezione w sieci. Cykl mini poradnika dla początkujących tłumaczy.


Idąc ulicą możemy czasem potknąć się o błyszczącą monetę o nominale 5 zł. W każdym bądź razie mnie się to często zdarza, chociaż nominały niestety zazwyczaj są mniejsze. Zastanawiam się wówczas, jako to możliwe, że na bardzo zatłoczonej ulicy jestem pierwszą osobą, która zauważyła monetę.

Internet City

Internet potrafi być taką właśnie zatłoczoną ulicą , na której monety porozrzucane są dosłownie wszędzie. Wystarczy wspomnieć, że kiedyś do tłumaczenia otrzymałem dyrektywę unijną. Dyrektywy, jako dokumenty oficjalne są oczywiście tłumaczone ‘odgórnie’ i gotowe dokumenty można znaleźć na stosownych stronach internetowych. Omawiany przypadek jest żywym dowodem na to, że jeszcze przed rozpoczęciem pracy, zwłaszcza w przypadku większego objętościowo tekstu, warto chwilę poszperać w sieci.
Innym przypadkiem, który mogę wskazać, było pięćdziesięciostronicowe tłumaczenie instrukcji wyrzynarki. Wyrzynarka była produktem dużego przedsiębiorstwa. Po przetłumaczeniu połowy instrukcji znalazłem zdanie mówiące o tym, że instrukcje obsługi produktów firmy w różnych językach dostępne są na jej stronie internetowej. Bezproblemowo znalazłem przetłumaczoną już instrukcję. Tamto wydarzenie uświadomiło mi, że kilka minut eksploracji sieci Internet pozwoliłoby mi zaoszczędzić dwa dni ciężkiej, i w tym wypadku, niepotrzebnej pracy.

Wartość dodana

Oczywiście, powyższe przykłady nie oznaczają, że co drugi dokument, który dostaniemy do tłumaczenia, będzie dostępny w sieci. Niemniej jednak, korzystając z zasobów Internetu tłumacz może pomóc sobie również w inny sposób. Bardzo częsta zdarza się, że tłumacz dostaje do opracowania dokument w opłakanym stanie. Po kilkukrotnym skanowaniu, w formacie PDF dociera do tłumacza pokrzywiony, rozmyty, często nieczytelny. W pierwszym odruchu tłumacz ma ochotę skasować dokument lub wyrzucić go do kosza pomstując przy tym na klienta. Po chwili, dochodzi do wniosku, że poprosi klienta o czytelniejszy dokument. Niemal na pewno tłumacza czeka rozczarowanie. Bardzo rzadko się zdarza, żeby klient dysponował czytelniejszym dokumentem. Nawet jeżeli taki posiada, ale sprawa wymaga ponownego zeskanowania wielu stron, klient po prostu z ubolewaniem zaprzeczy możliwości udostępnienia nam dokumentu, którego stan nie będzie budził naszego zakłopotania. W tym przypadku zasoby sieci Internet mogą okazać się zbawienne. Mimo, że bardzo rzadko mamy szczęście odnaleźć przetłumaczony już dokument, bardzo często znajduje się tam lepsza wizualnie wersja tego, co mamy przed sobą. Zwłaszcza dotyczy to wszelkiego rodzaju instrukcji, oficjalnych dokumentów, wzorów a nawet gazet, których fragmenty klienci często przesyłają do przetłumaczenia.

Niewierność nie popłaca

Osobną i niezmiernie ważną kwestią jest wiarygodność dokumentów, których przetłumaczone wersje tłumacz znajdzie w sieci Internet oraz kwestia moralności. W końcu, tłumacz podpisuje się pod czyimś dziełem. W kwestii wiarygodności kwestia jest bardzo prosta. Dokument należy bezwzględnie sprawdzić, słowo po słowie, linijka po linijce. Wobec dokumentów tłumaczonych przez inne osoby należy zachować daleko idącą ostrożność. Z reguły nie wiemy, kto wykonał tłumaczenie i jaką sprawnością w zakresie tłumaczenia dysponował. W sytuacji, gdy odwrotne podłączenie przewodów w urządzeniu może doprowadzić do porażenia prądem użytkownika, odpowiedzialność, którą bierze na siebie tłumacz podpisując się pod dokumentem jest ogromna. Podpisanie się pod dokumentem, który tłumaczyła inna i nieznana nam osoba bez precyzyjnej kontroli tekstu nie jest odwagą a skrajną nieodpowiedzialnością. Przeglądając fora branżowe można natknąć się na opowieści osób, które poniosły konsekwencje swojej nieodpowiedzialności, lenistwa lub niedbalstwa. Co istotne, odpowiedzialność tłumacza nie zamyka się w kwocie, którą w formie wynagrodzenia otrzymał za daną pracę. Załóżmy sytuację, że w tłumaczeniu specyfikacji wozu strażackiego tłumacz popełnia omyłkę wpisując nr koloru RAL. Na skutek tej pomyłki, klient zamiast pomalować samochód na kolor czerwony maluje samochody na kolor różowy. W takim przypadku klient nie poniesie straty w wysokości kilkuset złotych, które zapłacił za tłumaczenie. Realna wartość strat może wynieść kilkadziesiąt tysięcy złotych i klient może, i ma prawo, dochodzić odszkodowania od tłumacza właśnie w takiej kwocie. Sądzę, że opisana sytuacja wyraźnie obrazuje skutki braku odpowiedzialności w podejściu do pracy tłumacza.
Podsumowując, warto przypomnieć, że w sieci Internet można znaleźć wiele dokumentów, czasami również te, które przyszło nam tłumaczyć. Co istotne, w sieci można odnaleźć po prostu czytelniejsze wersje dokumentów niż te, którymi dysponujemy. W przypadku odnalezienia tłumaczenia tego samego dokumentu, wykonanego przez inną osobę, dokument należy bezwzględnie i dokładnie sprawdzić.

Public relations niejedno ma imię

Pozostaje jeszcze sprawa relacji z klientem. Wskazanie klientowi faktu, że tłumaczenie znajdzie już gotowe w sieci, może spowodować, że klient pozostanie lojalnym klientem przez wiele następnych lat, doceniając naszą uczciwość. Tę kwestię zostawiam każdemu do samodzielnego rozważenia.



środa, 19 września 2012

Peja i Tede na uczelni, czyli Pollak do tablicy



Polscy raperzy wzorując się na kolegach innych narodowości do perfekcji opanowali tajemniczą gałęź marketingu. Mimo skromnych środków na reklamę i tekstów piosenek, których specyficzny charakter niemal uniemożliwia promocję owoców ich pracy w dużych stacjach radiowych, znaleźli sposób na wzbudzenie dużego zainteresowania sobą, co bezpośrednio odzwierciedlone jest poziomem sprzedaży ich płyt.

Na samej górze piramidy marketingowej stoi raper działający artystycznie pod pseudonimem Peja. Jest głównym rozgrywającym na polu ‘diss marketingu’, gałęzi marketingu, którą uprawiają z powodzeniem w Polsce tylko nieliczni. ‘Diss marketing ' polega na tym, że jeden artysta (na przykład Peja) poświęca sporo pracy artystycznej, aby zgrabnie obrazić i sponiewierać kolegę po fachu (najczęściej rapera znanego z telewizji TVN turbo, niejakiego Tede). Z utworów Pei można dowiedzieć się, że Tedemu grożą choroby weneryczne, jego słuszna postawa rozmiaru XXL nie pasuje do realiów polskiej sceny rapowej, oraz metaforycznie przypisuje się mu cudowne, jelenie poroże. Rzeczą oczywistą jest, że osoba piastująca ważne stanowisko prezentera stacji telewizyjnej musi bronić swojego imienia, co czyni równie zamaszystym i barwnym językiem. Padają oskarżenia o amatorstwo (raper spod żabki) czy zwichrowany stan umysłu (wszyscy widzą Rychu, masz nieco chaos na strychu). Następnie w tę grę panowie wciągają swoich znajomych, znajomych znajomych, a za całą artystyczną ferajną stają podzieleni fani, kibice i obserwatorzy.
Nie trzeba chyba dodawać, że aby w tym wszystkim fani mogli się odnaleźć, muszą trzymać rękę na pulsie. Co istotne, muszą się także żywo interesować ‘przeciwnikiem’, aby w każdej chwili obmyślić strategię pozwalającą na uniknięcie ataku lub minimalizację jego skutków. Efekty widać chociażby w serwisie Youtube, gdzie otwarcia piosenek Tedego, Pei czy Pariasa (równie subtelnie potraktowanego przez Peję co Tede) idą w grubych milionach.

Diss marketing od paru lat wdziera się do naszych domów co raz śmielej. Chętnie uprawiają go nasi rodzimi politycy (PO vs. PIS) czy polscy księża (ksiądz Sowa vs. ksiądz Zalewski). Diss marketing, co ciekawe, wkroczył ostatnio za sprawą tłumacza literatury szwedzkiej, pana Pawła Pollaka, do świata tłumaczy. Na swoim blogu, w notce zatytułowanej Ochłapy* żali się na fatalne jego zdaniem warunki finansowe, które zaproponowało mu jedno z polskich wydawnictw za przetłumaczenie powieści kryminalnej. W skrócie (dla tych, którym nie chce się brnąć się przez wypowiedź pana Pollaka), uznał on, że literatura to literatura, wymaga większego wysiłku niż tłumaczenie instrukcji magnetowidu. Zasadniczo do tego momentu można by się zgodzić, w końcu to istotne, czy kolor zachodzącego słońca był koloru krwi pełnego zdrowia brysia czy anorektycznej anemiczki, ale po przeliczeniu suchych danych okazało się, że pan Paweł chce tłumaczyć około 22 strony tłumaczeniowe tygodniowo. Jednocześnie przyjmuje, że jego miesięczny obrót powinien wynosić co najmniej 6-8 tysięcy netto. W rzeczy samej, musiało to spowodować lawinę komentarzy, na które osobiście patrzyłem ze zdumieniem. Od głosów nieśmiało wspierających po głosy skrajnego poparcia z wezwaniem do reglamentacji zawodu tłumacza włącznie. Należę do osób, które nie uważają propozycji pana Pawła za poważną. Pan Paweł z kolei nie uznał głosów krytycznych za przekonujące, dając upust emocji w kolejnym wpisie zatytułowanym Stachanowcom do sztambucha**, tym razem ‘dissując’ wszystkich przeciwników lansowanego przez siebie podejścia do pracy.

Ponownie w skrócie, Panu Pollakowi trudno jest uwierzyć, że ktoś może pracować dwa razy szybciej od niego. Dokładniej mówiąc, nie wierzy, że przy tempie pracy szybszym od przyjętego przez niego samego za normę, można utrzymać dobrą jakość przekładu. Swoją opinię wyraża nazywając swoich oponentów, zapewne wzorując się na mistrzach w dziedzinie diss marketingu - stachanowcami, doradzając takim tłumaczom przekwalifikowanie się na kierowców karetki.
Ktoś może się zapytać, dlaczego tak przyczepiłem się do słów pana Pawła. Przygnębiają mnie liczne komentarze w tonie świadczącym o tym, że młodzi tłumacze dopiero wchodzący na rynek ze smutkiem zauważają, że istotnie, w takich okolicznościach z tłumaczeń nie wyżyją. Gotowi są w związku z tym na rezygnację ze swoich planów dotyczących zarobkowania z wykonywanych tłumaczeń. Być może nieświadomie pan Paweł bierze na siebie odpowiedzialność za to, że ktoś rezygnuje ze swoich marzeń. Bardziej radykalne osoby mogłyby także podejrzewać, że jest to sprytny sposób na eliminację konkurencji, zanim ta zdąży rozwinąć skrzydła.

Sposób argumentacji pana Pawła jest specyficzny. Na przykład porównuje (w swoim stylu) zarobki redaktora w wydawnictwie i tłumacza, opłacanego przez to samo wydawnictwo. Ze sobie chyba tylko znanych względów uważa, że redaktor nie powinien być opłacany lepiej od tłumacza. Zwłaszcza, że jak pisze pan Paweł, są to „Dwie osoby, którym płaci ta sama, rzekomo strasznie biedna firma.…” Rozumując w ten sposób, lekarz powinien zarabiać tyle samo co pielęgniarka w szpitalu, bo przecież to jedna i ta sam firma. Również w szczególny sposób pan Paweł podkreśla trudności w tłumaczeniu kryminałów: „A przecież słownictwo to nie wszystko. Tłumaczenie literatury to zgrabne pisanie po polsku tego, co autor wyraził w innym języku. Z zachowaniem stylu i sensu. Zadanie, co tu dużo mówić, karkołomne”. Można by odnieść wrażenie, że tłumaczenia, które literackimi nie są, pozwalają tłumaczom na wyrażanie się w sposób niezgrabny i pozbawiony sensu. Styl prawdopodobnie to coś, o czym tłumacz, który nie para się tłumaczeniem szwedzkich kryminałów może zapomnieć. Takich przykładów absurdalnego i napiętego podejścia do swojej pracy we wpisach pana Pollaka jest mnóstwo. „Jesteśmy elitą tego zawodu", jak sam raczył się docenić pan Paweł.

Jest sprawą oczywistą, że każdy tłumacz obraca się w ramach jakiegoś swobodnego dla siebie tempa pracy. Gdyby jednak większość próbowała żyć z przetłumaczenia 22 stron tygodniowo, umarłaby z głodu. W moim przekonaniu nie jest to wina ani wydawnictw, ani biur tłumaczeń, tylko samych tłumaczy, którym nawet do głowy nie przyjdzie, że inni mogą być po prostu zdolniejsi, bardziej pracowici lub najzwyczajniej w świecie sprawniej zorganizowani zawodowo. Jeżeli Pan Pollak lubuje się w papierowych słownikach, ma do tego pełne prawo. Dlaczego jednak kpić z tych, którzy takie słowniki już dawno odstawili na półkę? Zwłaszcza, że nowoczesne słowniki na płytach CD to dokładnie te same słowniki, które kurzą się na półkach, tylko doprowadzane do formy elektronicznej... Może trzeba pracować nad szybkością pisania na klawiaturze? Może warto czytać więcej i kierować swe zainteresowania na te tematy, z którymi ma się do czynienia na płaszczyźnie zawodowej? Może warto budować grupę ludzi, z którymi rozmowa szybko stymuluje nasze szare komórki i dzięki którym bardzo szybko przychodzą nam do głowy dobre pomysły i nowe rozwiązania? A może po prostu będąc niedocenianym artystą warto zrobić miejsce innym, młodszym. Rzucić to wszystko i zająć się organizacją kuligów dla turystów w Zakopanem?


czwartek, 13 września 2012

Ile angielskiego jest w języku angielskim?


Częstokroć wiedza z danej dziedziny okazuje się być dla tłumacza ważniejsza od tekstu źródłowego. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać absurdalne, ale specjaliści w danej dziedzinie są w stanie przetłumaczyć dokument, ponieważ po prostu wiedzą, co powinno znaleźć się w danego typu dokumencie, niekoniecznie opierając się tylko i wyłącznie na faktycznej treści dokumentu.

Malowanie ściany ‘od dołu’ jest łatwiejsze od malowania ‘do góry’
Duża część biur tłumaczeń różnicuje stawki w zależności od kierunku tłumaczenia tj. od tego, czy tłumacz ma wykonać zadanie tłumaczeniowe z języka ojczystego na język obcy czy odwrotnie. Biura oferują niższą stawkę za tłumaczenie wykonywane z języka obcego na język ojczysty wychodząc z założenia, że wykonanie takiego tłumaczenia jest łatwiejsze. Czy jednak w przypadku tłumaczy języka angielskiego takie podejście jest uzasadnione?

Native speaker ze słonecznej Italii
Język angielski cierpi na poważną internacjonalizację. Tłumacz języka niemieckiego generalnie tłumaczy teksty pisane przez osoby, których ojczystym językiem jest język niemiecki. Podobna sytuacja dotyczy (oczywiście, ponownie generalizuję) tłumaczy języka francuskiego czy greckiego. Natomiast tłumacze tłumaczący z języka angielskiego codziennie muszą się mierzyć z tekstami napisanymi przez ludzi najróżniejszej narodowości, którzy utworzyli anglojęzyczny dokument przeznaczony do przetłumaczenia na język polski. Osoby, który spędzają wakacje w ciepłych europejskich krajach mogą być przekonane, że spora część ich mieszkańców świetnie włada językiem angielskim. Z kolei tłumacze języka angielskiego, którzy zetknęli się z dziełami włoskich czy hiszpańskich kolegów uważają, że przedwczesna siwizna to efekt ‘uwłoszczenia’ i ‘uzorrowienia’ języka angielskiego.  Nietrudno zauważyć, że w takim przypadku tłumacz języka angielskiego najczęściej ma do czynienia z tzw. tłumaczeniem wtórnym. Tłumaczenia wtórne są o tyle kłopotliwe, że już tekst źródłowy, którym dysponuje tłumacz, może być obarczony błędami, zarówno merytorycznymi jak i językowymi. W opisywanej sytuacji trudno uznać kombinację tłumaczeniową angielski – polski za mniej uciążliwą i mniej pracochłonną niż kombinację odwrotną.

A dziad wiedział, nie powiedział, a to było tak…
Osoba zlecająca tekst do tłumaczenia nie zawsze zna źródło jego pochodzenia. Niemniej jednak, zakładając, że taka osoba posiada wiedzę o źródle pochodzenia i kiepskiej jakości tekstu źródłowego nie można zakładać, że tłumacz otrzyma w związku z tym jakąkolwiek taryfę ulgową odnośnie jakości finalnej pracy.  Część klientów, nie znając realiów pracy tłumacza pisemnego wychodzi z założenia, że dobry tłumacz jest ‘cudotwórcą’ i poradzi sobie ze wszystkim. Z praktyki zawodowej mogę przytoczyć sytuację, gdy do tłumaczenia otrzymałem raport finansowy, który z języka szwedzkiego został przetłumaczony na język angielski programem typu ‘translator’. Klient doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Co więcej, prawdopodobnie uznając takie rozwiązanie za skuteczne, z pewnością próbował użyć translatora do przetłumaczenia tekstu angielskiego na język polski i dopiero po zapoznaniu się z wynikiem tłumaczenia zdecydował, że tłumaczenie musi powierzyć profesjonalnemu tłumaczowi. Pozycja negocjacyjna tłumacza w tym momencie jest bardzo słaba. Mimo, że klient zdawał sobie sprawę z żenującej jakości tekstu, który powierza tłumaczowi nie mogłem uznać, że klient zadowoli się obniżoną jakością pracy finalnej. Gdyby tak było, zadowoliłby się taką pracą, jaką otrzymałby przy 'współpracy' z oprogramowaniem tłumaczącym. Szczęśliwie okazało się, że moja wiedza z dziedziny finansów była na tyle szeroka, że ze strzępków logicznych informacji, które 'tułały' się po tekście zdołałem ułożyć tekst logiczny i prawdopodobnie poprawny znaczeniowo.

Welcome to India, tniemy ceny i tantiemy
Problem fatalnej jakości tłumaczeń jest bardzo szeroki. Niezrozumienie intencji autora nie wynika jedynie z faktu, że część tłumaczonych tekstów jest dziełem oprogramowania tłumaczącego. Najczęściej to jednak dzieło człowieka, któremu nie starcza wiedzy lub cierpliwości, aby solidnie przetłumaczyć dokument. W świecie biznesu cięcie kosztów jest priorytetem i ten sam problem nie omija również sektora tłumaczeń pisemnych. Jedna z francuskich sieci telekomunikacyjnych swoje centrum tłumaczeń ulokowała w Indiach, gdzie tłumacze różnych narodowości tłumaczą dokumenty z języka francuskiego na angielski, które następnie rozsyłane są po całym świecie i tłumaczone z języka angielskiego na lokalne języki. Retoryczne jest pytanie o jakość tak przygotowanego tłumaczenia. Dlatego niezmiernie istotna jest informacja na temat dziedzin, w których specjalizuje się tłumacz.

Częstokroć wiedza z danej dziedziny okazuje się być ważniejsza od tekstu źródłowego. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać absurdalne, ale specjaliści w danej dziedzinie są w stanie przetłumaczyć dokument, ponieważ po prostu wiedzą, co powinno znaleźć się w danego typu dokumencie, niekoniecznie opierając się tylko i wyłącznie na treści dokumentu. Jako przykład może posłużyć tzw. klauzula salwatoryjna. Rzeczona klauzula to najprościej rzecz ujmując zapis w umowie, dzięki któremu strony umowy umawiają się, że w przypadku nieważności jednego z zapisów umowy pozostałe zapisy umowy pozostają ważne. Inaczej mówiąc, nieważność jednego zapisu nie powoduje nieważności pozostałych uzgodnień. Z reguły, w ramach tej klauzuli strony zastrzegają także, że zapis nieważny zostanie zastąpiony zapisem ważnym, którego treść możliwie jak najdokładniej odwzoruje intencje zastępowanego zapisu. Jest to bardzo często stosowana w umowach klauzula i chociaż w różny sposób może być zredagowana jej treść, sens i znaczenie zawsze pozostają takie same, ponieważ taka a nie inna jest jej idea. W praktyce spotykałem się przykładowo z umowami, w których zapis, zamiast nieważnego, opisany został jako nieczytelny, niepoprawny czy nieistotny. Doświadczenie zawodowe i znajomość tematyki pozwala omijać takie ‘rafy’, nawet bez potrzeby angażowania w to stron trzecich. Na powyższym przykładzie widać również, jak szybko można zweryfikować twierdzenie tłumacza o doświadczeniu w danej dziedzinie. Wystarczy, że tłumacz złapie się na taką ‘pułapkę’ nie zadając sobie trudu rozszyfrowania znaczenia ‘nieczytelnego zapisu’ a osoba znająca się na rzeczy natychmiast bezlitośnie wyłapie wpadkę.

Tłumacz nie jest psem by słynąć z wierności
Oddając tekst należy mieć na względzie, że tłumaczenie poprawne niekoniecznie jest tłumaczeniem wiernym. Przetłumaczony tekst musi być spójny i logiczny. Jeżeli tłumacz nie jest w stanie sam pojąć i zrozumieć tekstu, który zamierza oddać klientowi, jak może liczyć na to, że ten sam zrozumie klient? Szanujmy czas i inteligencję naszych klientów, a klienci będą szanowali nas. Droga do jakości nie wiedzie przez Indie.

czwartek, 6 września 2012

Jak zdobyć klienta i nie zrazić do siebie ludzi?


Dzisiejszy wpis poświęcę kwestii nastawienia do procesu zdobywania klientów. Chociaż bloga kieruję do początkujących tłumaczy, sądzę, że do lektury dzisiejszych rozważań mogę zachęcić inne osoby działające na własną rękę.

Postaw się pod murem i wyobraź sobie, że strzelają do ciebie

Jak w każdej branży, tłumacz działający na własną rękę ma względnie ograniczone możliwości, co nie oznacza, że stoi w sytuacji beznadziejnej. Sprzymierzeńcem każdej osoby działającej na własną rękę jest ogromna motywacja, którą może wygenerować sytuacja, w której się znajdzie.

Zanim zostałem tłumaczem pracowałem w szkole. Postanowiłem znaleźć lepszą pracę. Niestety, źle oceniłem sytuację i tak zostałem bez środków do życia. Moja sytuacja wydała mi się podbramkowa. Ostatnią rzeczą, na jaką wpadłem, było oferowanie tłumaczeń. O branży wówczas nie miałem zielonego pojęcia. Nie wiedziałem wtedy niczego, o czym od kilku tygodni piszę ma moim blogu.

Nie dysponowałem żadnym budżetem na reklamę. W końcu wziąłem słuchawkę do ręki i zacząłem dzwonić do firm, które znalazłem w sieci Internet. Na celownik wziąłem te, które nie miały anglojęzycznych wersji stron internetowych. Liczyłem na to, że łatwo będzie zachęcić takie przedsiębiorstwa do poszerzenia użyteczności serwisu, który już istniał. Podczas pierwszych rozmów mocno biło mi serce. Nie miałem wcześniej żadnego doświadczenia w tzw. sprzedaży bezpośredniej i zapewne wówczas popełniłem mnóstwo błędów. Niemniej jednak, po dwóch dniach telefonowania udało mi się pozyskać jednego klienta. Czułem się wtedy bardzo usatysfakcjonowany i zachęcony do dalszego eksperymentowania. Sądzę, że mnóstwo tłumaczy mogłoby opowiedzieć podobne historie.

Z biegiem czasu zacząłem realizować inne pomysły. Bardzo skutecznym sposobem okazało się w tamtych czasach wystawianie aukcji na tłumaczenia w popularnym serwisie aukcyjnym. Tu sprawa była o tyle łatwiejsza, że miałem się na kim wzorować. Przeglądając systematycznie aukcje konkurentów zauważyłem, że niektóre aukcje kończyły się zawsze sporą ilością sprzedanych usług, podczas, gdy efekty innych były marne. Konsekwentnie, zacząłem naśladować autorów aukcji odnoszących sukces, co skutkowało faktycznym zwiększeniem sprzedaży na moich aukcjach i rosnącą bazą klientów i doświadczeń. W ten sposób, z miesiąca na miesiąc tworzyły się podstawy mojej wiedzy o marketingu, które niewiele miały wspólnego z wiedzą nabytą w tym zakresie na uczelni.

W tym miejscu czas na podstawowy wniosek. Mianowicie należy doceniać potężne narzędzie, jakim jest motywacja. Historie wielu znanych ludzi cechuje wieloletnia walka o ich miejsce, ich koncepcję czy produkt. Co łączy pierwszy komputer Apple i piwo Heineken? Oba powstały w … garażu.

Nie wyłamuj otwartych drzwi

Wracając do głównych rozważań mogę napisać, że z powyższych dwóch przykładów łatwo wysnuć kolejny wniosek. Skutecznym działaniem okazała się tzw. strategia naśladownictwa. Przed rozpoczęciem poszukiwania klientów warto rozpoznać, w jaki sposób działa konkurencja i uczyć się od niej. Należy podkreślić, że z punktu widzenia marketingu branża tłumaczeniowa należy do bardzo specyficznej gałęzi.  O ile dość łatwo zdefiniować potencjalnego klienta na mleko dla niemowląt, podręcznik do gimnazjum czy naszpikowany gadżetami telefon, o tyle zdefiniowanie klienta na tłumaczenia nie jest już takie proste.

Daj zarobić innym, a inni dadzą zarobić tobie

Podążając dalej, można wywnioskować, że tłumacz, zwłaszcza pracujący na własny rachunek, jest nie tylko tłumaczem, ale i marketingowcem czy księgowym. Nie każdy dysponuje na tyle szeroką wiedzą, by sprostać takiemu wyzwaniu. Szczęśliwie, prowadzenie spraw księgowych możemy powierzyć biurom rachunkowym, a marketing za tłumacza może prowadzić wyspecjalizowana w tym zakresie agencja. Najczęściej agencje, które w naszym imieniu pozyskują klientów na tłumaczenia, nazywają się biurami tłumaczeń. Współpraca tłumacza z biurem tłumaczeń jest owocna dla obu stron.

Rano kawka, wieczorem żubr? To nie działa!

Zlecenia można zdobywać w przeróżny sposób. Można wykorzystać typowe środki komunikacji, jak telefon czy mail, można także korzystać z licznych metod promowania się w sieci Internet. Z pewnością w jakiejś mierze skuteczne są środki reklamy tradycyjnej, czyli ogłoszeń radiowych bądź prasowych. Na pewno na potrzeby dotarcia do potencjalnego klienta można wykorzystać portale społecznościowe czy portale zrzeszające profesjonalistów z różnych dziedzin oraz znajomości. Można także ... na lotnisku oferować swoje usługi ludziom wysiadającym z samolotu z klasy business. Inwencja ludzi w tym zakresie jest nieograniczona. 

Jednakże, niezależnie od rodzaju przyjętej strategii pozyskiwania klientów, działania osoby starającej się o pozyskanie klienta musi cechować ogromna konsekwencja. Bez cierpliwości i konsekwencji żadna metoda nie będzie skuteczna. Portale branżowe tłumaczy pełne są opowieści rozżalonych początkujących w branży ludzi traktujących o trudnościach w nawiązaniu kontaktu z biurami tłumaczeń. Po krótkiej dyskusji często okazuje się, że pan X rozesłał wiadomości reklamujące jego usługi do dosłownie kilku biur znalezionych w sieci i działających w mieście, w którym pan X mieszka. Do pozyskania klienta nie tędy droga. Podkreślam, że aby pozyskać do współpracy chociażby jedno biuro tłumaczeń, czasem trzeba wysłać kilkadziesiąt ofert a nawet więcej. W tym miejscu spostrzegawczy czytelnik zauważy, że piszemy o sytuacji, że mowa o sytuacji, gdy oferta dociera do grupy docelowej, tzw. ‘targetu’. W ten sposób możemy uświadomić sobie skalę działań reklamowych, którą trzeba podjąć, by samemu pozyskać klientów ‘indywidualnych’.

Po pierwsze, drugie i trzecie…

Po pierwsze, niezależnie od środków, na jakie się tłumacz decyduje, wszystkie działania musi cechować konsekwencja, bez której powodzenie jest prawdopodobnie niemożliwe. Po drugie, nie mając doświadczenia w danej dziedzinie warto naśladować innych, pod warunkiem, że istnieje pewność, co do skuteczności działań naśladowanych. Po trzecie, odrobina pogody ducha sprzyja kreatywności, powodzenia!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Wojewódzki byłby na nie, czyli pięć wad pracy w domu


Praca, którą można wykonywać w domu wydaje się nie mieć żadnych wad (chyba, że ktoś wyjątkowo nie lubi swoich czterech kątów). W powszechnym mniemaniu ten rodzaj pracy cechuje możliwość dowolnego regulowania godzin pracy (w domyśle, nigdy więcej ośmiu godzin dziennie), brak nadzoru (pan kierownik mi ‘lotto’), swobodne decydowanie o dniach wolnych od pracy (odwrócone proporcje, weekend trwa 5 dni a tydzień roboczy skracamy do dwóch) a nawet niczym nieskrępowana możliwość robienia zakupów w godzinach poza godzinami szczytu (co najbardziej doceniamy w okresie okołoświątecznym, gdy do sklepu rzucają świeżego karpia). To wszystko w jakimś stopniu jest rzeczywiście prawdą, ale jak mówi przysłowie, każdy kij ma dwa końce.
Po pierwsze, chociaż praca w domu wydaje się być dla zadeklarowanego śpiocha idealna, śpioch musi liczyć się z sytuacją, że stały klient ściągnie go z łóżka o godz. 6.00 rano z dramatyczną prośbą o ekspresowe tłumaczenie. Dla odmiany obudzony tak 'brutalnie' tłumacz tego samego dnia może usłyszeć przyzywający dźwięk poczty elektronicznej o godz. 22.00 z prośbą o wykonanie tłumaczenia na godziny poranne. Gdy zaś sąsiad w ogródku grilluje przez całą sobotę niejeden tłumacz intensywnie pracuje nad tekstem, którego klient zażądał na poniedziałek. To wcale nie są odosobnione i rzadkie przypadki. Nieregularne godziny pracy de facto oznaczają, że tłumacz może spodziewać się otrzymania zlecenia w najdziwniejszych godzinach i okresach, także świątecznych. Pierwsza myśl, jaka zapewne niejednemu czytelnikowi przychodzi na myśl jest taka, że w takiej sytuacji można klientowi najnormalniej w świecie odmówić. Można, nawet dwa razy. Za trzecim razem klient po prostu znajdzie inną, mniej grymaśną osobę. Po dłuższym czasie, z pewnością tłumacz wypracuje sobie pewne wygodne dla niego relacje i może ograniczyć przyjmowanie takich niespodziewanych zadań, ale należy mieć świadomość, że dzień pracy zaczynający się o 9.00 a kończący o 17.00 w praktyce jest nieosiągalny. Nielimitowany czas pracy służy zdecydowanie bardziej klientom, niż samym tłumaczom.
Po drugie primo (jak żartobliwie mawia się w mojej rodzinie), podobnie rzecz ma się z rzekomym brakiem nadzoru. Inaczej mówiąc, fantastycznym uczuciem wydaje się być brak szefa 'nad głową'. To również błędne rozumowanie. Osoba pracująca w małej firmie lub nawet sporej korporacji jest najczęściej przypisana do konkretnego kierownika. Tłumacz freelancer ma dokładnie tylu szefów, ilu ma klientów. Co gorsza, o ile jeden, nawet najgorszy ze ‘stałych’ szefów daje się z czasem ‘rozpracować’ i ‘ugłaskać’, pozwala poznać swoje reakcje, o tyle zmienny kalejdoskop klientów utrudnia rozpoznanie odpowiedniego poziomu i sposobu utrzymywania relacji. Sposób prowadzenia dyskusji, który znakomicie sprawdza się z jednym klientem może być absolutnie nieskuteczny względem innego klienta. Jeden nagminnie będzie dopytywał się o poprawność każdego trapiącego go wyrażenia przy okazji każdej pracy, którą odda tłumacz. Drugi nagminnie będzie zakłócał niedzielne popołudnie upewniając się, że tłumacz będzie dla niego we wtorek dyspozycyjny. Zakres ludzkich pomysłów, potrzeb i reakcji jest nieograniczony i współpraca tłumacza ze swoimi ‘szefami’, zwłaszcza w sytuacji ograniczenia dróg kontaktu do poczty email i telefonu jest najeżona licznymi pułapkami.
Po trzecie, wbrew pozorom praca w domu wymaga niesłychanej elastyczności i samo-zdyscyplinowania. W zimowy poranek wyjątkowo trudno wstać i dokończyć pracę tłumaczeniową, gdy tłumacza nie dozoruje bezpośrednio oko stojącego nad nim szefa. W letni poranek wstać jeszcze trudniej, bo zieleń za oknem i pogodnie usypiające błękitne niebo zdecydowanie ograniczają chęć do ciężkiej pracy. Wyjątkowo trudno obudzić się jesienią, gdy krople miarowo łomocą o parapet a przesilenie wiosenne rozłożyłoby na łopatki potężnego hipopotama, prawda? Należy uczciwie odpowiedzieć sobie pytanie, czy wewnętrzna motywacja jest na tyle silna, by w takiej sytuacji zmusić samego siebie do wysiłku bez wyraźnego nadzoru tego ‘złego’ szefa.
Po czwarte, niezmiernie ważnym aspektem jest samotność, której doświadcza osoba pracująca w domu. Wydaje się, że zdecydowana większość ludzi ceni sobie bezpośrednie relacje z osobami, z którymi codziennie spotykają się miejscu pracy. Wykonując swoją pracę jednym uchem wyławiają plotki i ploteczki krążące w miejscu pracy a w porze przerwy obiadowej wymieniają się informacjami na temat swojego życia, polityki czy pasji. Osoby źle czujące się bez takiej atmosfery nie są przygotowane do pracy w domu.
Po piąte, poważnym problemem, który może zaistnieć, są relacje z partnerem/partnerką, z którym tłumacz/tłumaczka mieszka. Po wielogodzinnym okresie samotności tłumacza ‘ciągnie do ludzi’, podczas gdy druga osoba umęczona wielogodzinnym hałasem, korkami, szumem informacji szuka ciszy i spokoju. Wszystkie, nawet najdrobniejsze sprawy kumulują się i sprawiają, że nieregularny tryb życia tłumacza może być niesłychanie uciążliwy nie tylko dla samego tłumacza, ale i osób żyjących z tłumaczem. Osoba pracująca w domu jest narażona na uwagi, że mimo całodziennego pobytu w domu nie zdołała odkurzyć dywanu czy pozmywać naczyń. Na nic zdają się tłumaczenia, że czas spędzony w domu do momentu powrotu partnera to czas spędzony w pracy. Tym bardziej, jeżeli partner opuszczający mieszkanie widział nas smacznie śpiących a po powrocie zastaje nas w … piżamie!
Podsumowując, większość tłumaczy pisemnych pracuje w domu. Rozważając możliwość pracy w domu nie należy skupiać się na zaletach tego rodzaju pracy, ale przede wszystkim na wadach tego rozwiązania, które dotykają również najbliższe osoby. Warto również pamiętać, że noszenie piżamy do godziny siedemnastej może być odbierane przez społeczeństwo za zachowanie ekscentryczne. 

czwartek, 23 sierpnia 2012

Jak szybko i zgrabnie zaliczyć wpadkę. Z cyklu mini-poradnik dla początkującego tłumacza.


Pierwsze zlecenie powoduje niewątpliwie przyjemne uczucie ekscytacji. Tłumacz otwiera plik i natychmiast zabiera się do pracy tłumaczeniowej, już na wstępie popełniając duży błąd. Jeszcze przed rozpoczęciem pracy należy zapoznać się chociaż pobieżnie z treścią tłumaczonego tekstu. Jest to działanie niezbędne w celu poznania kontekstu dla słownictwa, które padnie naszym wyborem. Mówiąc kolokwialnie, czym innym jest aktyw partyjny a czym innymi aktywa w bilansie spółki. Tłumacz doświadczony, który współpracuje z danym klientem nad kolejnym tekstem danego rodzaju, na przykład częściami składowymi instalacji odpylania odlewni, czasem już po nagłówku doskonale rozpoznaje tekst i bezproblemowo decyduje, jakiego rodzaju słownictwa winien poszukiwać. Natomiast osoba dopiero stawiająca pierwsze kroki w zawodzie, bezwzględnie powinna pobieżnie zapoznać się z tematyką tłumaczenia. Nie zachęcam oczywiście do czytania całości dokumentu, zwłaszcza jeżeli jego objętość sugeruje kilkugodzinną lekturę. Natomiast zdecydowanie warto przeczytać dwie lub trzy pierwsze strony oraz kilka lub kilkanaście akapitów pozostałych stron. W ten sposób tłumacz zyskuje wgląd w temat, z którym przyjdzie mu się mierzyć.
W tym momencie pojawia się kwestia samego przyjęcia zlecenia. Doświadczony tłumacz doskonale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie poprawnie wykonać tłumaczenia z dowolnej tematyki. Osobiście trzymam się z daleka o tekstów naszpikowanych chemią lub typowych tekstów medycznych. Po prostu są to tematy, na których się kompletnie nie znam. Co więcej, mówiąc żartobliwie, nawet moje oceny na świadectwie maturalnym sugerują, że ta tematyka jest dla mnie zbyt trudna. Wykonując zadanie tłumacz musi zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności za wykonaną pracę. Odpowiedzialność nakazuje nieprzyjmowanie zleceń, których efekt może być katastrofalny z powodu nieznajomości specyfiki branżowej przez tłumacza. Kwestia wydaje się być na tyle oczywista, że nie uznaję potrzeby jej dalszej analizy.
Zdaję sobie sprawę, że powyższe tezy budzą niepokój początkującego tłumacza. W rzeczywistości trudno jest znaleźć tekst, który nie jest w pewien sposób specjalistyczny. Nie zniechęcam nikogo do mierzenia się z tematem dla niego trudnym, ale należy mieć świadomość ryzyka i odpowiedzialności. Duży poziom akceptowalnej jakości finalnego tłumaczenia zapewniają w takiej sytuacji dwa czynniki. Umiejętność szybkiego przyswajania wiedzy przez tłumacza i dostępność wiedzy na dany temat. Przykładowo, dla osoby początkującej przyjęcie zlecenia na tłumaczenie bilansu będzie dużo bezpieczniejsze niż tłumaczenie tematyki nowych na rynku polskim produktów finansowych. W internecie dużo łatwiej znaleźć zarówno elementy składowe bilansu wraz z ich oficjalnym tłumaczeniem, a nawet kompletne przetłumaczone tego typu dokumenty, niż wiadomości na temat skomplikowanych produktów finansowych oferowanych przykładowo jedynie przez kilka funduszy inwestycyjnych. Biorąc pod uwagę, że wiadomość o takim produkcie jest adresowana najprawdopodobniej do wąskiego grona odbiorców, którzy o niebo lepiej orientują się w temacie od tłumacza, wszelkie najdrobniejsze nieścisłości i improwizacje zakończą się odrzuceniem pracy i poczuciem klapy.
Podsumowując krótko, dostając potencjalne zlecenie warto zarezerwować sobie kilkanaście a nawet kilkadziesiąt minut na jego przyjęcie lub odrzucenie. W tym czasie należy zapoznać się z tekstem i odpowiedzieć sobie uczciwie na pytanie, czy tematyka tekstu jest tłumaczowi znana lub czy tłumacz jest w stanie w relatywnie krótkim czasie zapoznać się z podobnymi materiałami. Konsekwencją udzielenia pozytywnej odpowiedzi na ostatnie pytanie jest sprawdzenie, czy takie materiały są dostępne dla tłumacza. Dopiero po wykonaniu wcześniej opisanej ‘analizy’ należy potwierdzić przyjęcie zlecenia.
Przyjmując zlecenie tłumacz musi ocenić jeszcze jeden kluczowy aspekt, jakim jest czas potrzebny na wykonanie zlecenia. W tym względzie nic nie zastąpi doświadczenia tłumacza. Myślę, po analizie licznych dyskusji tłumaczy na branżowych forach internetowych, że przeciętny i doświadczony tłumacz nie tłumaczy więcej niż 10-12 stron tłumaczeniowych dziennie. Za stronę tłumaczeniową przyjmuje się najczęściej 1800 znaków ze spacjami. Czasem tłumacze rozliczani są od słowa. Nieformalnym ‘ekwiwalentem’ strony tłumaczeniowej jest około 250 słów.
Wracając do sprawy, początkującym tłumaczom radzę nie tyle skupiać się na stawce, za którą wykonają zadanie, a na czasie niezbędnym do wykonania pracy. Im dłuższy, tym lepiej dla tłumacza. Zlecenia ekspresowe radzę zostawić bardziej doświadczonym kolegom. Im też czasem należy się wpadka ;)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Gdy słownik nie wystarcza... czyli kilka słów o codzienności tłumacza. Z cyklu - mini poradnik początkującego tłumacza. Część 2.


Dzisiejsze zmagania będą kontynuacją tematu, który poruszyłem we wpisie z dnia 3 sierpnia 2012.
Przypomnę, że rozpocząłem wątek problemu obiegu dokumentów firmie i jego konsekwencji dla tłumacza. Skupiłem się na tym, gdzie warto szukać rozwiązań, gdy nie wystarcza podstawowe narzędzie tłumacza, czyli słownik. Wpis zakończył się pochwałą forów branżowych.
Tym razem skoncentruję się na drugim poważnym problemie, z którym często spotykają się tłumacze pisemni, czyli nieprecyzyjności języka lub tekstu. Dobrze będzie posłużyć się przykładem. W raportach finansowych spółek często można zetknąć się przykładowo z mniej więcej takim zdaniem 'do limitów wlicza się odpisy w wysokości xxx PLN’. Banalne z pozoru zdanie może przyprawić o potężny ból głowy. Po pobieżnym ‘śledztwie tłumaczeniowym' każdy tłumacz dowie się, że rzeczone odpisy dzielą się co najmniej na kilka zupełnie osobnych grup, np. na odpisy amortyzacyjne lub odpisy aktualizujące wartość należności. W języku angielskim są to kompletnie osobne wyrażenia i nie wchodzi w grę użycie jednego, ‘ogólnego’ terminu. W takiej sytuacji ponownie możemy skorzystać z opisanych już powyżej rozwiązań. W przypadku forów branżowych warto także rozważyć kontakt z osobami z forów dla księgowych i finansistów. Być może w tym konkretnym przypadku pomocny tłumaczowi będzie znajomy bądź znajoma, która zaznajomiona z branżą księgową będzie w stanie wywnioskować i objaśnić znaczenie rzeczonych ‘odpisów’? Może w takim przypadku warto skontaktować się z lokalnym biurem rachunkowym i poprosić o pomoc. Rozwiązań jest mnóstwo. Jednej natomiast rzeczy tłumaczowi w tym przypadku zrobić nie wolno. Pod żadnym pozorem nie wolno losowo dobierać słownictwa licząc, że nikt się nie połapie. Takie działanie jest nie tylko nieprofesjonalne i niemoralne, ale może też skutkować określonymi efektami dla przedsiębiorstwa, dla którego tłumaczony jest raport finansowy. Absolutnie ostatecznym działaniem, po niepowodzeniu wszelkich innych prób, jest odpowiednia adnotacja wyraźnie wskazana i podkreślona w tekście, że wg zrozumienia tłumacza rzeczone ‘odpisy’ to np. odpisy amortyzacyjne i tak wyrażenie zostało przetłumaczone. W ten sposób tłumacz daje klientowi szansę reakcji. Należy jednak pamiętać o częstokroć skomplikowanej ścieżce, którą przetłumaczony dokument podąża po jego przetłumaczeniu. Osobiście wyobrażam sobie sytuację, kiedy referentka w danym przedsiębiorstwie dla świętego spokoju kasuje wprowadzony przez tłumacza komentarz i posyła dokument dalej. Dopiero na późniejszym etapie dokument może w rękach kompetentnej osoby zostać uznany za przetłumaczony wadliwie. W takiej sytuacji całe odium spadnie na tłumacza. Stąd też, opisywane rozwiązanie zalecam jako ostateczne.
Podsumowując warto pamiętać:
1) Słowniki są tylko małą częścią narzędzi, które w swojej pracy może wykorzystywać tłumacz.
2) Znakomitym źródłem wiedzy jest sieć internetowa, w szczególności fora branżowe.
3) Rozwiązując problem, tłumacz może się posiłkować pomocą innych osób z grup tłumaczeniowych i jest to rozwiązanie skuteczne  oraz relatywnie szybkie. Niemniej jednak należy pamiętać o zdrowym krytycyzmie względem proponowanych rozwiązań.
4) W sytuacji pracy nad tekstem specjalistycznym, w zrozumieniu problematycznych fragmentów mogą pomóc specjaliści z danej branży.
5) W żadnym przypadku nie wolno wpisywać w tłumaczony tekst wyrażenia, co do którego istnieją poważne i uzasadnione wątpliwości. Jeżeli jednak zajdzie konieczność zastosowania wyrażenia, co do którego tłumacz ma wątpliwości, winien to bardzo wyraźnie zaznaczyć i objaśnić przyczynę niepewności.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Atak fruciaka, czyli krótka rozprawka nad jakością tekstów w rodzimym języku


Bagatelizowanie jakości tekstów w języku ojczystym, które mają być tłumaczone na język obcy może kosztować tłumacza sporo stresu, wysiłku i nieprzespanych nocy. W tym względzie, nawet osoba z krótkim stażem w pracy tłumacza pisemnego miałaby zapewne bardzo wiele do powiedzenia. Prawdę powiedziawszy, bardzo często mając do czynienia z ‘dziełami’ klientów czuję się jak tytułowy bohater serialu Dr House. Niesforny bohater serialu często pokazywany był, gdy siedząc przed tablicą z wypisanymi symptomami pacjenta odbijał od ściany małą piłeczkę a na jego skroniach skrzyły się krople potu mające chyba w zamyśle reżysera serialu symbolizować wysiłek umysłowy, który wykonuje bohater. Odkąd rozpocząłem przygodę z tłumaczeniami pisemnymi nie ma tygodnia, w którym nie odgrywałbym tej sceny. Wpatrując się w ekran monitora intensywnie zastanawiam się, co autor tekstu w moim rodzimym języku chciałby przekazać światu swoim przesłaniem.
Co przeszkodziło fruciakom skanibalizować twist’a? (oryginalny tekst brzmiał ‘nie istnieje zagrożenie, że fruciaki skanibalizują twist’a’). Dla ciekawskich wyjaśniam, że po pierwszym ‘wstrząsie’, którego doznałem, udało mi się wyjaśnić intencje autora korzystając oczywiście z dobrodziejstwa Internetu. Okazało się, że pojęcie kanibalizacji w tym kontekście dotyczy sytuacji, gdy wprowadzenie danego produktu przez przedsiębiorstwo X spowoduje wyparcie z rynku innego produktu przedsiębiorstwa X. Powyższe zdanie należy rozumieć w ten sposób, że wprowadzenie na rynek produktu pod nazwą fruciak nie zagrozi pozycji produktu pod nazwą twist. W ten sposób zagadka została rozwiązana. Coś co na pierwszy rzut oka wydawało się kompletnym absurdem (aczkolwiek bardzo zabawnym), okazało się być w istocie zrozumiałym komunikatem z dziedziny zarządzania produktami. Mimo, iż ogólna tematyka zarządzania jest mi dobrze znana, nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym terminem. Na innym przykładzie można wskazać, że podważalna jakość tekstu źródłowego może być autorstwa ludzi nawet z tytułem doktora: ' W konsekwencji rynki z praktyki gospodarczej nie mogą- zdaniem przedstawicieli tego nurtu ekonomii- funkcjonować bez instytucjonalnych ograniczeń zachowań, które mogą mieć różną naturę’. Konia z rzędem temu, kto rozszyfruje określenie ‘rynki z praktyki gospodarczej’.
Pierwszym krokiem przed przyjęciem tekstu do tłumaczenia jest ‘wstępne rozpoznanie tekstu’. Już kilkanaście minut spędzonych nawet nad bardzo długim tekstem pozwala wstępnie ocenić skalę problemów, z którymi przyjdzie się zmierzyć. Na tym etapie, tłumacz może zbadać możliwości kontaktu z osobą odpowiedzialną za dany tekst ze strony klienta i zastrzec sobie ewentualną potrzebę konsultacji. W ten sposób, nawet jeżeli nie uda się na etapie wstępnego rozpoznania tekstu wyłowić sprawiających poważne problemy fragmentów, tłumacz otwiera sobie drogę do współpracy z osobą, która w znacznym stopniu może rozwiać jego wątpliwości. Co istotne, zapoznając się z tekstem, warto dokładnie wczytać się w jego fragmenty w środkowej części tekstu. To tam, a nie na wstępie dokumentu bądź jego końcu ukrywają się najczęściej przyszłe pułapki tłumaczeniowe. Być może wynika to z faktu, że osoby tworzące dokumenty przystępując do pracy, są ‘świeże’ i bardziej zwracają uwagę na to, co piszą. Na późniejszym etapie autor dokumentu często przysypia, i mocno zaangażowany w pracę nad dokumentem, goniony terminami i pośpieszany prośbami przełożonych i współpracowników nie sili się już na taką precyzję i dokładność, jak na wstępie dokumentu. Dopiero końcowy etap dokumentu, perspektywa wykonania zadania powoduje, że ostatnie linie dokumentu ponownie nabierają sensu i logiki. To jednak jedynie moje ‘ciche’ przypuszczenia.
Podsumowując należy napisać, że tłumacz jest bardzo często narażony na kontakt z tekstem źródłowym, którego jakość znacznie utrudnia odczytanie intencji jego autora. Problem ten w przypadku tekstów tłumaczonych z języka obcego najczęściej dotyka tłumaczy języka angielskiego, o czym na pewno szerzej napiszę w jednym z kolejnych tekstów. Fakt częstego pojawiania się złej jakości tekstów źródłowych potęguje i podkreśla potrzebę wstępnego zapoznania się z zadaniem tłumaczeniowym jeszcze przed potwierdzeniem jego przyjęcia do wykonania. Niewątpliwie, osoby, które charakteryzuje duża intuicja, zdolność do abstrakcyjnego myślenia, empatia w połączeniu z dużą wiedzą na temat dziedziny, której dotyczy tłumaczony tekst mają większe możliwości poprawnego przetłumaczenia złej jakości tekstów źródłowych.

piątek, 3 sierpnia 2012

Gdy słownik nie wystarcza... czyli kilka słów o codzienności tłumacza. Z cyklu - mini poradnik początkującego tłumacza. Część 1

Dzisiaj pozwolę sobie skupić się na podstawowych problemach, które czyhają na niedoświadczonego tłumacza. Jak można się domyślić, najwięcej kłopotów tłumaczom sprawia dobór odpowiedniego słownictwa. W dobie internetowych słowników, glosariuszy, milionów stron internetowych problem wydaje się na pierwszy rzut oka błahy. Nic bardziej mylnego. Czytelnik może to bardzo łatwo sprawdzić. Wystarczy, że dowolnym słowniku polsko-angielskim poszuka wyrażenia ‘dozownik celkowy’. Będzie to wyjątkowe trudne zdanie. Mimo licznych prób i długich minut poszukiwań często nie udaje się znaleźć odpowiednika danego wyrażenia. Sytuacja ta może wynikać z co najmniej dwóch powodów. Tłumacz może mieć do czynienia z wyjątkowo rzadkim wyrażeniem, które być może jest dostępne w bardzo specjalistycznym słowniku. Drugą przyczyną może być fakt, że dane wyrażenie jest najzwyczajniej w świecie wyrażeniem ‘slangowym’. Osoby piszące teksty, z którymi do czynienia mają tłumacze, bardzo często nawet nie zdają sobie sprawy, że stosują używany w wąskim gronie slang, a nie, jak sądzą, słownictwo branżowe. Dla tłumaczy jest to poważny i nagminny problem. Tym większy, im większe nagromadzenie takiego slangu w danym dokumencie.
Nie ma sytuacji bez wyjścia. Dostępne rozwiązania zależą często od relacji między tłumaczem i klientem. W idealnej sytuacji, tłumaczymy dokument na bezpośrednie zlecenie klienta. W takiej sytuacji najlepiej poprosić klienta o objaśnienie frapujących nas fraz lub o ich ekwiwalent. Klienci z reguły nie odmawiają współpracy, chociaż proces udzielenia odpowiedzi może zabrać tłumaczowi trochę cennego czasu. Wynika to często z drogi, którą musi przejść nasze zapytanie. Wyżej wskazałem przykład ‘dozownika celkowego'. Trudno wymagać, od sympatycznej ‘pani Basi’ z sekretariatu dużego przedsiębiorstwa, aby to ona udzieliła nam odpowiedzi na to pytanie. ‘Pani Basia’ musi osobiście skontaktować się autorem tekstu lub inną osobą, która jest w stanie udzielić stosownego wyjaśnienia. Tym bardziej należy zadbać, aby pytanie kierowane do osoby docelowej było sformułowane w sposób prosty i nie budzący wątpliwości. Sytuacja jeszcze bardziej komplikuje się, gdy zlecenie otrzymano poprzez biuro tłumaczeń. Logicznie, biuro tłumaczeń musi skontaktować się z ‘panią Basią’, która z kolei… Czas płynie, jeżeli tłumacz dysponuje jego dużą ilością może zająć się innymi sprawami. W przeciwnym razie pozostaje tylko oznaczyć niezrozumiały fragment i tłumaczyć dalszą część tekstu. W tym miejscu warto wspomnieć jeszcze jedną kwestię. W sytuacji, gdy tłumacz nabierze podejrzeń, że w dalszej części tekstu również napotka podobne trudności, zdecydowanie radzę zebrać je razem i ‘hurtowo’ dostarczyć do klienta. To prosta konsekwencja poszanowania czyjegoś czasu. Złe wrażenie robi zasypywanie klienta co pół godziny prośbą o kolejne wyjaśnienie. Nawet, jeżeli wątpliwości, które dręczą tłumacza są absolutnie uzasadnione, klient może dojść do wniosku, że tłumacz jest niekompetentny lub nierozgarnięty. Szanując czas innych tłumacz najzwyczajniej w świecie wystawia sobie dobre świadectwo.
Z praktyki tłumacza wiem, że kontakt z klientem lub biurem tłumaczeń w celu wyjaśnienia wątpliwości nie zawsze jest wystarczający lub skuteczny. Klient może udzielić odpowiedzi, która w żaden sposób nie będzie nam pomocna lub nie udzielić nam jej wcale. W obu tych sytuacjach nie należy doszukiwać się złośliwości lub niekompetencji klienta. Najzwyczajniej w świecie, autor tekstu może być w danym momencie niedostępny, lub klient sam nie jest przekonany, co do znaczenia danego wyrażenia w dokumencie. Na pierwszy rzut oka druga z wskazanych sytuacji może wydawać się absurdalna, należy jednak zdać sobie sprawę, że tłumacz najczęściej nie zna źródła pochodzenia dokumentu. Klient może zlecić tłumaczowi opracowanie dokumentu, który sam pozyskał od swojego kontrahenta. Może nawet wystąpić sytuacja, że klient nawet nie zapoznał się z treścią dokumentu. Niezależnie od sytuacji, irytacja tłumacza jest nie na miejscu i niekonstruktywna. Zdecydowanie lepiej energię poświęcić  na rozwiązanie problemu.
Jeżeli kontakt z klientem okazał się być bezowocny lub niemożliwy, tłumaczowi pozostaje rozszyfrowanie wyrażenia własnymi siłami. Własnymi, ale niekoniecznie samemu. Nieodzownym narzędziem w pracy tłumacza jest korzystanie z zasobów Internetu. Niezależnie od tego, czy tłumacz pracuje we wsi Mazańcowice czy gdzieś na peryferiach Gdańska, ma dostęp zarówno do zasobów Internetu jak również ludzi, którzy każdego dnia tworzą potężne bazy danych, również tych lingwistycznych.
Jednym z najlepszych sposobów rozwiązania problemu językowego jest jego przedstawienie na branżowych forach internetowych. Setki, a może tysiące osób logują się codziennie na forach poszukując odpowiedzi na swoje problemy, jednocześnie pomagając innym kolegom i koleżankom rozwiązywać ich problemy. Zadając pytanie na forach internetowych należy pamiętać o dwóch niezmiernie ważnych kwestiach. Po pierwsze, zadając pytanie o konkretne wyrażenie należy podać dokładny kontekst, w którym się ono pojawia. Do dobrego obyczaju należy także podać swoje propozycje co do tłumaczenia. Z reguły pierwsze odpowiedzi pojawiają się już po kilku minutach lub kilku godzinach niezależnie od pory dnia. W tym miejscu dochodzimy do drugiej ważnej kwestii. Często propozycje mogą być bardzo różne a nawet sprzeczne ze sobą. Do tłumacza należy ich ostateczna ocena. Nawet w sytuacji, gdy ktoś w odpowiedzi sugeruje ewidentną bzdurę, nie wolno takiej osoby krytykować. Pamiętając o kulturze dyskusji, można i należy wnosić wątpliwości, co do udzielonej odpowiedzi, z dala trzymając się od tzw. wycieczek personalnych. - Nigdy nie pal mostów za sobą powtarzała mi moja mama.
Ten szeroki wątek będę kontynuował w następnym wpisie. Serdecznie zachęcam do lektury i dyskusji.