środa, 19 września 2012

Peja i Tede na uczelni, czyli Pollak do tablicy



Polscy raperzy wzorując się na kolegach innych narodowości do perfekcji opanowali tajemniczą gałęź marketingu. Mimo skromnych środków na reklamę i tekstów piosenek, których specyficzny charakter niemal uniemożliwia promocję owoców ich pracy w dużych stacjach radiowych, znaleźli sposób na wzbudzenie dużego zainteresowania sobą, co bezpośrednio odzwierciedlone jest poziomem sprzedaży ich płyt.

Na samej górze piramidy marketingowej stoi raper działający artystycznie pod pseudonimem Peja. Jest głównym rozgrywającym na polu ‘diss marketingu’, gałęzi marketingu, którą uprawiają z powodzeniem w Polsce tylko nieliczni. ‘Diss marketing ' polega na tym, że jeden artysta (na przykład Peja) poświęca sporo pracy artystycznej, aby zgrabnie obrazić i sponiewierać kolegę po fachu (najczęściej rapera znanego z telewizji TVN turbo, niejakiego Tede). Z utworów Pei można dowiedzieć się, że Tedemu grożą choroby weneryczne, jego słuszna postawa rozmiaru XXL nie pasuje do realiów polskiej sceny rapowej, oraz metaforycznie przypisuje się mu cudowne, jelenie poroże. Rzeczą oczywistą jest, że osoba piastująca ważne stanowisko prezentera stacji telewizyjnej musi bronić swojego imienia, co czyni równie zamaszystym i barwnym językiem. Padają oskarżenia o amatorstwo (raper spod żabki) czy zwichrowany stan umysłu (wszyscy widzą Rychu, masz nieco chaos na strychu). Następnie w tę grę panowie wciągają swoich znajomych, znajomych znajomych, a za całą artystyczną ferajną stają podzieleni fani, kibice i obserwatorzy.
Nie trzeba chyba dodawać, że aby w tym wszystkim fani mogli się odnaleźć, muszą trzymać rękę na pulsie. Co istotne, muszą się także żywo interesować ‘przeciwnikiem’, aby w każdej chwili obmyślić strategię pozwalającą na uniknięcie ataku lub minimalizację jego skutków. Efekty widać chociażby w serwisie Youtube, gdzie otwarcia piosenek Tedego, Pei czy Pariasa (równie subtelnie potraktowanego przez Peję co Tede) idą w grubych milionach.

Diss marketing od paru lat wdziera się do naszych domów co raz śmielej. Chętnie uprawiają go nasi rodzimi politycy (PO vs. PIS) czy polscy księża (ksiądz Sowa vs. ksiądz Zalewski). Diss marketing, co ciekawe, wkroczył ostatnio za sprawą tłumacza literatury szwedzkiej, pana Pawła Pollaka, do świata tłumaczy. Na swoim blogu, w notce zatytułowanej Ochłapy* żali się na fatalne jego zdaniem warunki finansowe, które zaproponowało mu jedno z polskich wydawnictw za przetłumaczenie powieści kryminalnej. W skrócie (dla tych, którym nie chce się brnąć się przez wypowiedź pana Pollaka), uznał on, że literatura to literatura, wymaga większego wysiłku niż tłumaczenie instrukcji magnetowidu. Zasadniczo do tego momentu można by się zgodzić, w końcu to istotne, czy kolor zachodzącego słońca był koloru krwi pełnego zdrowia brysia czy anorektycznej anemiczki, ale po przeliczeniu suchych danych okazało się, że pan Paweł chce tłumaczyć około 22 strony tłumaczeniowe tygodniowo. Jednocześnie przyjmuje, że jego miesięczny obrót powinien wynosić co najmniej 6-8 tysięcy netto. W rzeczy samej, musiało to spowodować lawinę komentarzy, na które osobiście patrzyłem ze zdumieniem. Od głosów nieśmiało wspierających po głosy skrajnego poparcia z wezwaniem do reglamentacji zawodu tłumacza włącznie. Należę do osób, które nie uważają propozycji pana Pawła za poważną. Pan Paweł z kolei nie uznał głosów krytycznych za przekonujące, dając upust emocji w kolejnym wpisie zatytułowanym Stachanowcom do sztambucha**, tym razem ‘dissując’ wszystkich przeciwników lansowanego przez siebie podejścia do pracy.

Ponownie w skrócie, Panu Pollakowi trudno jest uwierzyć, że ktoś może pracować dwa razy szybciej od niego. Dokładniej mówiąc, nie wierzy, że przy tempie pracy szybszym od przyjętego przez niego samego za normę, można utrzymać dobrą jakość przekładu. Swoją opinię wyraża nazywając swoich oponentów, zapewne wzorując się na mistrzach w dziedzinie diss marketingu - stachanowcami, doradzając takim tłumaczom przekwalifikowanie się na kierowców karetki.
Ktoś może się zapytać, dlaczego tak przyczepiłem się do słów pana Pawła. Przygnębiają mnie liczne komentarze w tonie świadczącym o tym, że młodzi tłumacze dopiero wchodzący na rynek ze smutkiem zauważają, że istotnie, w takich okolicznościach z tłumaczeń nie wyżyją. Gotowi są w związku z tym na rezygnację ze swoich planów dotyczących zarobkowania z wykonywanych tłumaczeń. Być może nieświadomie pan Paweł bierze na siebie odpowiedzialność za to, że ktoś rezygnuje ze swoich marzeń. Bardziej radykalne osoby mogłyby także podejrzewać, że jest to sprytny sposób na eliminację konkurencji, zanim ta zdąży rozwinąć skrzydła.

Sposób argumentacji pana Pawła jest specyficzny. Na przykład porównuje (w swoim stylu) zarobki redaktora w wydawnictwie i tłumacza, opłacanego przez to samo wydawnictwo. Ze sobie chyba tylko znanych względów uważa, że redaktor nie powinien być opłacany lepiej od tłumacza. Zwłaszcza, że jak pisze pan Paweł, są to „Dwie osoby, którym płaci ta sama, rzekomo strasznie biedna firma.…” Rozumując w ten sposób, lekarz powinien zarabiać tyle samo co pielęgniarka w szpitalu, bo przecież to jedna i ta sam firma. Również w szczególny sposób pan Paweł podkreśla trudności w tłumaczeniu kryminałów: „A przecież słownictwo to nie wszystko. Tłumaczenie literatury to zgrabne pisanie po polsku tego, co autor wyraził w innym języku. Z zachowaniem stylu i sensu. Zadanie, co tu dużo mówić, karkołomne”. Można by odnieść wrażenie, że tłumaczenia, które literackimi nie są, pozwalają tłumaczom na wyrażanie się w sposób niezgrabny i pozbawiony sensu. Styl prawdopodobnie to coś, o czym tłumacz, który nie para się tłumaczeniem szwedzkich kryminałów może zapomnieć. Takich przykładów absurdalnego i napiętego podejścia do swojej pracy we wpisach pana Pollaka jest mnóstwo. „Jesteśmy elitą tego zawodu", jak sam raczył się docenić pan Paweł.

Jest sprawą oczywistą, że każdy tłumacz obraca się w ramach jakiegoś swobodnego dla siebie tempa pracy. Gdyby jednak większość próbowała żyć z przetłumaczenia 22 stron tygodniowo, umarłaby z głodu. W moim przekonaniu nie jest to wina ani wydawnictw, ani biur tłumaczeń, tylko samych tłumaczy, którym nawet do głowy nie przyjdzie, że inni mogą być po prostu zdolniejsi, bardziej pracowici lub najzwyczajniej w świecie sprawniej zorganizowani zawodowo. Jeżeli Pan Pollak lubuje się w papierowych słownikach, ma do tego pełne prawo. Dlaczego jednak kpić z tych, którzy takie słowniki już dawno odstawili na półkę? Zwłaszcza, że nowoczesne słowniki na płytach CD to dokładnie te same słowniki, które kurzą się na półkach, tylko doprowadzane do formy elektronicznej... Może trzeba pracować nad szybkością pisania na klawiaturze? Może warto czytać więcej i kierować swe zainteresowania na te tematy, z którymi ma się do czynienia na płaszczyźnie zawodowej? Może warto budować grupę ludzi, z którymi rozmowa szybko stymuluje nasze szare komórki i dzięki którym bardzo szybko przychodzą nam do głowy dobre pomysły i nowe rozwiązania? A może po prostu będąc niedocenianym artystą warto zrobić miejsce innym, młodszym. Rzucić to wszystko i zająć się organizacją kuligów dla turystów w Zakopanem?


2 komentarze:

  1. Och! Co ja bym dała za tłumaczenie szwedzkiego kryminału! :)

    P.S. Zmieniłam adres bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gałęź gałęzim pogania
    z angielskiego miszczu, a z polskiego bania

    OdpowiedzUsuń