czwartek, 30 sierpnia 2012

Wojewódzki byłby na nie, czyli pięć wad pracy w domu


Praca, którą można wykonywać w domu wydaje się nie mieć żadnych wad (chyba, że ktoś wyjątkowo nie lubi swoich czterech kątów). W powszechnym mniemaniu ten rodzaj pracy cechuje możliwość dowolnego regulowania godzin pracy (w domyśle, nigdy więcej ośmiu godzin dziennie), brak nadzoru (pan kierownik mi ‘lotto’), swobodne decydowanie o dniach wolnych od pracy (odwrócone proporcje, weekend trwa 5 dni a tydzień roboczy skracamy do dwóch) a nawet niczym nieskrępowana możliwość robienia zakupów w godzinach poza godzinami szczytu (co najbardziej doceniamy w okresie okołoświątecznym, gdy do sklepu rzucają świeżego karpia). To wszystko w jakimś stopniu jest rzeczywiście prawdą, ale jak mówi przysłowie, każdy kij ma dwa końce.
Po pierwsze, chociaż praca w domu wydaje się być dla zadeklarowanego śpiocha idealna, śpioch musi liczyć się z sytuacją, że stały klient ściągnie go z łóżka o godz. 6.00 rano z dramatyczną prośbą o ekspresowe tłumaczenie. Dla odmiany obudzony tak 'brutalnie' tłumacz tego samego dnia może usłyszeć przyzywający dźwięk poczty elektronicznej o godz. 22.00 z prośbą o wykonanie tłumaczenia na godziny poranne. Gdy zaś sąsiad w ogródku grilluje przez całą sobotę niejeden tłumacz intensywnie pracuje nad tekstem, którego klient zażądał na poniedziałek. To wcale nie są odosobnione i rzadkie przypadki. Nieregularne godziny pracy de facto oznaczają, że tłumacz może spodziewać się otrzymania zlecenia w najdziwniejszych godzinach i okresach, także świątecznych. Pierwsza myśl, jaka zapewne niejednemu czytelnikowi przychodzi na myśl jest taka, że w takiej sytuacji można klientowi najnormalniej w świecie odmówić. Można, nawet dwa razy. Za trzecim razem klient po prostu znajdzie inną, mniej grymaśną osobę. Po dłuższym czasie, z pewnością tłumacz wypracuje sobie pewne wygodne dla niego relacje i może ograniczyć przyjmowanie takich niespodziewanych zadań, ale należy mieć świadomość, że dzień pracy zaczynający się o 9.00 a kończący o 17.00 w praktyce jest nieosiągalny. Nielimitowany czas pracy służy zdecydowanie bardziej klientom, niż samym tłumaczom.
Po drugie primo (jak żartobliwie mawia się w mojej rodzinie), podobnie rzecz ma się z rzekomym brakiem nadzoru. Inaczej mówiąc, fantastycznym uczuciem wydaje się być brak szefa 'nad głową'. To również błędne rozumowanie. Osoba pracująca w małej firmie lub nawet sporej korporacji jest najczęściej przypisana do konkretnego kierownika. Tłumacz freelancer ma dokładnie tylu szefów, ilu ma klientów. Co gorsza, o ile jeden, nawet najgorszy ze ‘stałych’ szefów daje się z czasem ‘rozpracować’ i ‘ugłaskać’, pozwala poznać swoje reakcje, o tyle zmienny kalejdoskop klientów utrudnia rozpoznanie odpowiedniego poziomu i sposobu utrzymywania relacji. Sposób prowadzenia dyskusji, który znakomicie sprawdza się z jednym klientem może być absolutnie nieskuteczny względem innego klienta. Jeden nagminnie będzie dopytywał się o poprawność każdego trapiącego go wyrażenia przy okazji każdej pracy, którą odda tłumacz. Drugi nagminnie będzie zakłócał niedzielne popołudnie upewniając się, że tłumacz będzie dla niego we wtorek dyspozycyjny. Zakres ludzkich pomysłów, potrzeb i reakcji jest nieograniczony i współpraca tłumacza ze swoimi ‘szefami’, zwłaszcza w sytuacji ograniczenia dróg kontaktu do poczty email i telefonu jest najeżona licznymi pułapkami.
Po trzecie, wbrew pozorom praca w domu wymaga niesłychanej elastyczności i samo-zdyscyplinowania. W zimowy poranek wyjątkowo trudno wstać i dokończyć pracę tłumaczeniową, gdy tłumacza nie dozoruje bezpośrednio oko stojącego nad nim szefa. W letni poranek wstać jeszcze trudniej, bo zieleń za oknem i pogodnie usypiające błękitne niebo zdecydowanie ograniczają chęć do ciężkiej pracy. Wyjątkowo trudno obudzić się jesienią, gdy krople miarowo łomocą o parapet a przesilenie wiosenne rozłożyłoby na łopatki potężnego hipopotama, prawda? Należy uczciwie odpowiedzieć sobie pytanie, czy wewnętrzna motywacja jest na tyle silna, by w takiej sytuacji zmusić samego siebie do wysiłku bez wyraźnego nadzoru tego ‘złego’ szefa.
Po czwarte, niezmiernie ważnym aspektem jest samotność, której doświadcza osoba pracująca w domu. Wydaje się, że zdecydowana większość ludzi ceni sobie bezpośrednie relacje z osobami, z którymi codziennie spotykają się miejscu pracy. Wykonując swoją pracę jednym uchem wyławiają plotki i ploteczki krążące w miejscu pracy a w porze przerwy obiadowej wymieniają się informacjami na temat swojego życia, polityki czy pasji. Osoby źle czujące się bez takiej atmosfery nie są przygotowane do pracy w domu.
Po piąte, poważnym problemem, który może zaistnieć, są relacje z partnerem/partnerką, z którym tłumacz/tłumaczka mieszka. Po wielogodzinnym okresie samotności tłumacza ‘ciągnie do ludzi’, podczas gdy druga osoba umęczona wielogodzinnym hałasem, korkami, szumem informacji szuka ciszy i spokoju. Wszystkie, nawet najdrobniejsze sprawy kumulują się i sprawiają, że nieregularny tryb życia tłumacza może być niesłychanie uciążliwy nie tylko dla samego tłumacza, ale i osób żyjących z tłumaczem. Osoba pracująca w domu jest narażona na uwagi, że mimo całodziennego pobytu w domu nie zdołała odkurzyć dywanu czy pozmywać naczyń. Na nic zdają się tłumaczenia, że czas spędzony w domu do momentu powrotu partnera to czas spędzony w pracy. Tym bardziej, jeżeli partner opuszczający mieszkanie widział nas smacznie śpiących a po powrocie zastaje nas w … piżamie!
Podsumowując, większość tłumaczy pisemnych pracuje w domu. Rozważając możliwość pracy w domu nie należy skupiać się na zaletach tego rodzaju pracy, ale przede wszystkim na wadach tego rozwiązania, które dotykają również najbliższe osoby. Warto również pamiętać, że noszenie piżamy do godziny siedemnastej może być odbierane przez społeczeństwo za zachowanie ekscentryczne. 

czwartek, 23 sierpnia 2012

Jak szybko i zgrabnie zaliczyć wpadkę. Z cyklu mini-poradnik dla początkującego tłumacza.


Pierwsze zlecenie powoduje niewątpliwie przyjemne uczucie ekscytacji. Tłumacz otwiera plik i natychmiast zabiera się do pracy tłumaczeniowej, już na wstępie popełniając duży błąd. Jeszcze przed rozpoczęciem pracy należy zapoznać się chociaż pobieżnie z treścią tłumaczonego tekstu. Jest to działanie niezbędne w celu poznania kontekstu dla słownictwa, które padnie naszym wyborem. Mówiąc kolokwialnie, czym innym jest aktyw partyjny a czym innymi aktywa w bilansie spółki. Tłumacz doświadczony, który współpracuje z danym klientem nad kolejnym tekstem danego rodzaju, na przykład częściami składowymi instalacji odpylania odlewni, czasem już po nagłówku doskonale rozpoznaje tekst i bezproblemowo decyduje, jakiego rodzaju słownictwa winien poszukiwać. Natomiast osoba dopiero stawiająca pierwsze kroki w zawodzie, bezwzględnie powinna pobieżnie zapoznać się z tematyką tłumaczenia. Nie zachęcam oczywiście do czytania całości dokumentu, zwłaszcza jeżeli jego objętość sugeruje kilkugodzinną lekturę. Natomiast zdecydowanie warto przeczytać dwie lub trzy pierwsze strony oraz kilka lub kilkanaście akapitów pozostałych stron. W ten sposób tłumacz zyskuje wgląd w temat, z którym przyjdzie mu się mierzyć.
W tym momencie pojawia się kwestia samego przyjęcia zlecenia. Doświadczony tłumacz doskonale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie poprawnie wykonać tłumaczenia z dowolnej tematyki. Osobiście trzymam się z daleka o tekstów naszpikowanych chemią lub typowych tekstów medycznych. Po prostu są to tematy, na których się kompletnie nie znam. Co więcej, mówiąc żartobliwie, nawet moje oceny na świadectwie maturalnym sugerują, że ta tematyka jest dla mnie zbyt trudna. Wykonując zadanie tłumacz musi zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności za wykonaną pracę. Odpowiedzialność nakazuje nieprzyjmowanie zleceń, których efekt może być katastrofalny z powodu nieznajomości specyfiki branżowej przez tłumacza. Kwestia wydaje się być na tyle oczywista, że nie uznaję potrzeby jej dalszej analizy.
Zdaję sobie sprawę, że powyższe tezy budzą niepokój początkującego tłumacza. W rzeczywistości trudno jest znaleźć tekst, który nie jest w pewien sposób specjalistyczny. Nie zniechęcam nikogo do mierzenia się z tematem dla niego trudnym, ale należy mieć świadomość ryzyka i odpowiedzialności. Duży poziom akceptowalnej jakości finalnego tłumaczenia zapewniają w takiej sytuacji dwa czynniki. Umiejętność szybkiego przyswajania wiedzy przez tłumacza i dostępność wiedzy na dany temat. Przykładowo, dla osoby początkującej przyjęcie zlecenia na tłumaczenie bilansu będzie dużo bezpieczniejsze niż tłumaczenie tematyki nowych na rynku polskim produktów finansowych. W internecie dużo łatwiej znaleźć zarówno elementy składowe bilansu wraz z ich oficjalnym tłumaczeniem, a nawet kompletne przetłumaczone tego typu dokumenty, niż wiadomości na temat skomplikowanych produktów finansowych oferowanych przykładowo jedynie przez kilka funduszy inwestycyjnych. Biorąc pod uwagę, że wiadomość o takim produkcie jest adresowana najprawdopodobniej do wąskiego grona odbiorców, którzy o niebo lepiej orientują się w temacie od tłumacza, wszelkie najdrobniejsze nieścisłości i improwizacje zakończą się odrzuceniem pracy i poczuciem klapy.
Podsumowując krótko, dostając potencjalne zlecenie warto zarezerwować sobie kilkanaście a nawet kilkadziesiąt minut na jego przyjęcie lub odrzucenie. W tym czasie należy zapoznać się z tekstem i odpowiedzieć sobie uczciwie na pytanie, czy tematyka tekstu jest tłumaczowi znana lub czy tłumacz jest w stanie w relatywnie krótkim czasie zapoznać się z podobnymi materiałami. Konsekwencją udzielenia pozytywnej odpowiedzi na ostatnie pytanie jest sprawdzenie, czy takie materiały są dostępne dla tłumacza. Dopiero po wykonaniu wcześniej opisanej ‘analizy’ należy potwierdzić przyjęcie zlecenia.
Przyjmując zlecenie tłumacz musi ocenić jeszcze jeden kluczowy aspekt, jakim jest czas potrzebny na wykonanie zlecenia. W tym względzie nic nie zastąpi doświadczenia tłumacza. Myślę, po analizie licznych dyskusji tłumaczy na branżowych forach internetowych, że przeciętny i doświadczony tłumacz nie tłumaczy więcej niż 10-12 stron tłumaczeniowych dziennie. Za stronę tłumaczeniową przyjmuje się najczęściej 1800 znaków ze spacjami. Czasem tłumacze rozliczani są od słowa. Nieformalnym ‘ekwiwalentem’ strony tłumaczeniowej jest około 250 słów.
Wracając do sprawy, początkującym tłumaczom radzę nie tyle skupiać się na stawce, za którą wykonają zadanie, a na czasie niezbędnym do wykonania pracy. Im dłuższy, tym lepiej dla tłumacza. Zlecenia ekspresowe radzę zostawić bardziej doświadczonym kolegom. Im też czasem należy się wpadka ;)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Gdy słownik nie wystarcza... czyli kilka słów o codzienności tłumacza. Z cyklu - mini poradnik początkującego tłumacza. Część 2.


Dzisiejsze zmagania będą kontynuacją tematu, który poruszyłem we wpisie z dnia 3 sierpnia 2012.
Przypomnę, że rozpocząłem wątek problemu obiegu dokumentów firmie i jego konsekwencji dla tłumacza. Skupiłem się na tym, gdzie warto szukać rozwiązań, gdy nie wystarcza podstawowe narzędzie tłumacza, czyli słownik. Wpis zakończył się pochwałą forów branżowych.
Tym razem skoncentruję się na drugim poważnym problemie, z którym często spotykają się tłumacze pisemni, czyli nieprecyzyjności języka lub tekstu. Dobrze będzie posłużyć się przykładem. W raportach finansowych spółek często można zetknąć się przykładowo z mniej więcej takim zdaniem 'do limitów wlicza się odpisy w wysokości xxx PLN’. Banalne z pozoru zdanie może przyprawić o potężny ból głowy. Po pobieżnym ‘śledztwie tłumaczeniowym' każdy tłumacz dowie się, że rzeczone odpisy dzielą się co najmniej na kilka zupełnie osobnych grup, np. na odpisy amortyzacyjne lub odpisy aktualizujące wartość należności. W języku angielskim są to kompletnie osobne wyrażenia i nie wchodzi w grę użycie jednego, ‘ogólnego’ terminu. W takiej sytuacji ponownie możemy skorzystać z opisanych już powyżej rozwiązań. W przypadku forów branżowych warto także rozważyć kontakt z osobami z forów dla księgowych i finansistów. Być może w tym konkretnym przypadku pomocny tłumaczowi będzie znajomy bądź znajoma, która zaznajomiona z branżą księgową będzie w stanie wywnioskować i objaśnić znaczenie rzeczonych ‘odpisów’? Może w takim przypadku warto skontaktować się z lokalnym biurem rachunkowym i poprosić o pomoc. Rozwiązań jest mnóstwo. Jednej natomiast rzeczy tłumaczowi w tym przypadku zrobić nie wolno. Pod żadnym pozorem nie wolno losowo dobierać słownictwa licząc, że nikt się nie połapie. Takie działanie jest nie tylko nieprofesjonalne i niemoralne, ale może też skutkować określonymi efektami dla przedsiębiorstwa, dla którego tłumaczony jest raport finansowy. Absolutnie ostatecznym działaniem, po niepowodzeniu wszelkich innych prób, jest odpowiednia adnotacja wyraźnie wskazana i podkreślona w tekście, że wg zrozumienia tłumacza rzeczone ‘odpisy’ to np. odpisy amortyzacyjne i tak wyrażenie zostało przetłumaczone. W ten sposób tłumacz daje klientowi szansę reakcji. Należy jednak pamiętać o częstokroć skomplikowanej ścieżce, którą przetłumaczony dokument podąża po jego przetłumaczeniu. Osobiście wyobrażam sobie sytuację, kiedy referentka w danym przedsiębiorstwie dla świętego spokoju kasuje wprowadzony przez tłumacza komentarz i posyła dokument dalej. Dopiero na późniejszym etapie dokument może w rękach kompetentnej osoby zostać uznany za przetłumaczony wadliwie. W takiej sytuacji całe odium spadnie na tłumacza. Stąd też, opisywane rozwiązanie zalecam jako ostateczne.
Podsumowując warto pamiętać:
1) Słowniki są tylko małą częścią narzędzi, które w swojej pracy może wykorzystywać tłumacz.
2) Znakomitym źródłem wiedzy jest sieć internetowa, w szczególności fora branżowe.
3) Rozwiązując problem, tłumacz może się posiłkować pomocą innych osób z grup tłumaczeniowych i jest to rozwiązanie skuteczne  oraz relatywnie szybkie. Niemniej jednak należy pamiętać o zdrowym krytycyzmie względem proponowanych rozwiązań.
4) W sytuacji pracy nad tekstem specjalistycznym, w zrozumieniu problematycznych fragmentów mogą pomóc specjaliści z danej branży.
5) W żadnym przypadku nie wolno wpisywać w tłumaczony tekst wyrażenia, co do którego istnieją poważne i uzasadnione wątpliwości. Jeżeli jednak zajdzie konieczność zastosowania wyrażenia, co do którego tłumacz ma wątpliwości, winien to bardzo wyraźnie zaznaczyć i objaśnić przyczynę niepewności.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Atak fruciaka, czyli krótka rozprawka nad jakością tekstów w rodzimym języku


Bagatelizowanie jakości tekstów w języku ojczystym, które mają być tłumaczone na język obcy może kosztować tłumacza sporo stresu, wysiłku i nieprzespanych nocy. W tym względzie, nawet osoba z krótkim stażem w pracy tłumacza pisemnego miałaby zapewne bardzo wiele do powiedzenia. Prawdę powiedziawszy, bardzo często mając do czynienia z ‘dziełami’ klientów czuję się jak tytułowy bohater serialu Dr House. Niesforny bohater serialu często pokazywany był, gdy siedząc przed tablicą z wypisanymi symptomami pacjenta odbijał od ściany małą piłeczkę a na jego skroniach skrzyły się krople potu mające chyba w zamyśle reżysera serialu symbolizować wysiłek umysłowy, który wykonuje bohater. Odkąd rozpocząłem przygodę z tłumaczeniami pisemnymi nie ma tygodnia, w którym nie odgrywałbym tej sceny. Wpatrując się w ekran monitora intensywnie zastanawiam się, co autor tekstu w moim rodzimym języku chciałby przekazać światu swoim przesłaniem.
Co przeszkodziło fruciakom skanibalizować twist’a? (oryginalny tekst brzmiał ‘nie istnieje zagrożenie, że fruciaki skanibalizują twist’a’). Dla ciekawskich wyjaśniam, że po pierwszym ‘wstrząsie’, którego doznałem, udało mi się wyjaśnić intencje autora korzystając oczywiście z dobrodziejstwa Internetu. Okazało się, że pojęcie kanibalizacji w tym kontekście dotyczy sytuacji, gdy wprowadzenie danego produktu przez przedsiębiorstwo X spowoduje wyparcie z rynku innego produktu przedsiębiorstwa X. Powyższe zdanie należy rozumieć w ten sposób, że wprowadzenie na rynek produktu pod nazwą fruciak nie zagrozi pozycji produktu pod nazwą twist. W ten sposób zagadka została rozwiązana. Coś co na pierwszy rzut oka wydawało się kompletnym absurdem (aczkolwiek bardzo zabawnym), okazało się być w istocie zrozumiałym komunikatem z dziedziny zarządzania produktami. Mimo, iż ogólna tematyka zarządzania jest mi dobrze znana, nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym terminem. Na innym przykładzie można wskazać, że podważalna jakość tekstu źródłowego może być autorstwa ludzi nawet z tytułem doktora: ' W konsekwencji rynki z praktyki gospodarczej nie mogą- zdaniem przedstawicieli tego nurtu ekonomii- funkcjonować bez instytucjonalnych ograniczeń zachowań, które mogą mieć różną naturę’. Konia z rzędem temu, kto rozszyfruje określenie ‘rynki z praktyki gospodarczej’.
Pierwszym krokiem przed przyjęciem tekstu do tłumaczenia jest ‘wstępne rozpoznanie tekstu’. Już kilkanaście minut spędzonych nawet nad bardzo długim tekstem pozwala wstępnie ocenić skalę problemów, z którymi przyjdzie się zmierzyć. Na tym etapie, tłumacz może zbadać możliwości kontaktu z osobą odpowiedzialną za dany tekst ze strony klienta i zastrzec sobie ewentualną potrzebę konsultacji. W ten sposób, nawet jeżeli nie uda się na etapie wstępnego rozpoznania tekstu wyłowić sprawiających poważne problemy fragmentów, tłumacz otwiera sobie drogę do współpracy z osobą, która w znacznym stopniu może rozwiać jego wątpliwości. Co istotne, zapoznając się z tekstem, warto dokładnie wczytać się w jego fragmenty w środkowej części tekstu. To tam, a nie na wstępie dokumentu bądź jego końcu ukrywają się najczęściej przyszłe pułapki tłumaczeniowe. Być może wynika to z faktu, że osoby tworzące dokumenty przystępując do pracy, są ‘świeże’ i bardziej zwracają uwagę na to, co piszą. Na późniejszym etapie autor dokumentu często przysypia, i mocno zaangażowany w pracę nad dokumentem, goniony terminami i pośpieszany prośbami przełożonych i współpracowników nie sili się już na taką precyzję i dokładność, jak na wstępie dokumentu. Dopiero końcowy etap dokumentu, perspektywa wykonania zadania powoduje, że ostatnie linie dokumentu ponownie nabierają sensu i logiki. To jednak jedynie moje ‘ciche’ przypuszczenia.
Podsumowując należy napisać, że tłumacz jest bardzo często narażony na kontakt z tekstem źródłowym, którego jakość znacznie utrudnia odczytanie intencji jego autora. Problem ten w przypadku tekstów tłumaczonych z języka obcego najczęściej dotyka tłumaczy języka angielskiego, o czym na pewno szerzej napiszę w jednym z kolejnych tekstów. Fakt częstego pojawiania się złej jakości tekstów źródłowych potęguje i podkreśla potrzebę wstępnego zapoznania się z zadaniem tłumaczeniowym jeszcze przed potwierdzeniem jego przyjęcia do wykonania. Niewątpliwie, osoby, które charakteryzuje duża intuicja, zdolność do abstrakcyjnego myślenia, empatia w połączeniu z dużą wiedzą na temat dziedziny, której dotyczy tłumaczony tekst mają większe możliwości poprawnego przetłumaczenia złej jakości tekstów źródłowych.

piątek, 3 sierpnia 2012

Gdy słownik nie wystarcza... czyli kilka słów o codzienności tłumacza. Z cyklu - mini poradnik początkującego tłumacza. Część 1

Dzisiaj pozwolę sobie skupić się na podstawowych problemach, które czyhają na niedoświadczonego tłumacza. Jak można się domyślić, najwięcej kłopotów tłumaczom sprawia dobór odpowiedniego słownictwa. W dobie internetowych słowników, glosariuszy, milionów stron internetowych problem wydaje się na pierwszy rzut oka błahy. Nic bardziej mylnego. Czytelnik może to bardzo łatwo sprawdzić. Wystarczy, że dowolnym słowniku polsko-angielskim poszuka wyrażenia ‘dozownik celkowy’. Będzie to wyjątkowe trudne zdanie. Mimo licznych prób i długich minut poszukiwań często nie udaje się znaleźć odpowiednika danego wyrażenia. Sytuacja ta może wynikać z co najmniej dwóch powodów. Tłumacz może mieć do czynienia z wyjątkowo rzadkim wyrażeniem, które być może jest dostępne w bardzo specjalistycznym słowniku. Drugą przyczyną może być fakt, że dane wyrażenie jest najzwyczajniej w świecie wyrażeniem ‘slangowym’. Osoby piszące teksty, z którymi do czynienia mają tłumacze, bardzo często nawet nie zdają sobie sprawy, że stosują używany w wąskim gronie slang, a nie, jak sądzą, słownictwo branżowe. Dla tłumaczy jest to poważny i nagminny problem. Tym większy, im większe nagromadzenie takiego slangu w danym dokumencie.
Nie ma sytuacji bez wyjścia. Dostępne rozwiązania zależą często od relacji między tłumaczem i klientem. W idealnej sytuacji, tłumaczymy dokument na bezpośrednie zlecenie klienta. W takiej sytuacji najlepiej poprosić klienta o objaśnienie frapujących nas fraz lub o ich ekwiwalent. Klienci z reguły nie odmawiają współpracy, chociaż proces udzielenia odpowiedzi może zabrać tłumaczowi trochę cennego czasu. Wynika to często z drogi, którą musi przejść nasze zapytanie. Wyżej wskazałem przykład ‘dozownika celkowego'. Trudno wymagać, od sympatycznej ‘pani Basi’ z sekretariatu dużego przedsiębiorstwa, aby to ona udzieliła nam odpowiedzi na to pytanie. ‘Pani Basia’ musi osobiście skontaktować się autorem tekstu lub inną osobą, która jest w stanie udzielić stosownego wyjaśnienia. Tym bardziej należy zadbać, aby pytanie kierowane do osoby docelowej było sformułowane w sposób prosty i nie budzący wątpliwości. Sytuacja jeszcze bardziej komplikuje się, gdy zlecenie otrzymano poprzez biuro tłumaczeń. Logicznie, biuro tłumaczeń musi skontaktować się z ‘panią Basią’, która z kolei… Czas płynie, jeżeli tłumacz dysponuje jego dużą ilością może zająć się innymi sprawami. W przeciwnym razie pozostaje tylko oznaczyć niezrozumiały fragment i tłumaczyć dalszą część tekstu. W tym miejscu warto wspomnieć jeszcze jedną kwestię. W sytuacji, gdy tłumacz nabierze podejrzeń, że w dalszej części tekstu również napotka podobne trudności, zdecydowanie radzę zebrać je razem i ‘hurtowo’ dostarczyć do klienta. To prosta konsekwencja poszanowania czyjegoś czasu. Złe wrażenie robi zasypywanie klienta co pół godziny prośbą o kolejne wyjaśnienie. Nawet, jeżeli wątpliwości, które dręczą tłumacza są absolutnie uzasadnione, klient może dojść do wniosku, że tłumacz jest niekompetentny lub nierozgarnięty. Szanując czas innych tłumacz najzwyczajniej w świecie wystawia sobie dobre świadectwo.
Z praktyki tłumacza wiem, że kontakt z klientem lub biurem tłumaczeń w celu wyjaśnienia wątpliwości nie zawsze jest wystarczający lub skuteczny. Klient może udzielić odpowiedzi, która w żaden sposób nie będzie nam pomocna lub nie udzielić nam jej wcale. W obu tych sytuacjach nie należy doszukiwać się złośliwości lub niekompetencji klienta. Najzwyczajniej w świecie, autor tekstu może być w danym momencie niedostępny, lub klient sam nie jest przekonany, co do znaczenia danego wyrażenia w dokumencie. Na pierwszy rzut oka druga z wskazanych sytuacji może wydawać się absurdalna, należy jednak zdać sobie sprawę, że tłumacz najczęściej nie zna źródła pochodzenia dokumentu. Klient może zlecić tłumaczowi opracowanie dokumentu, który sam pozyskał od swojego kontrahenta. Może nawet wystąpić sytuacja, że klient nawet nie zapoznał się z treścią dokumentu. Niezależnie od sytuacji, irytacja tłumacza jest nie na miejscu i niekonstruktywna. Zdecydowanie lepiej energię poświęcić  na rozwiązanie problemu.
Jeżeli kontakt z klientem okazał się być bezowocny lub niemożliwy, tłumaczowi pozostaje rozszyfrowanie wyrażenia własnymi siłami. Własnymi, ale niekoniecznie samemu. Nieodzownym narzędziem w pracy tłumacza jest korzystanie z zasobów Internetu. Niezależnie od tego, czy tłumacz pracuje we wsi Mazańcowice czy gdzieś na peryferiach Gdańska, ma dostęp zarówno do zasobów Internetu jak również ludzi, którzy każdego dnia tworzą potężne bazy danych, również tych lingwistycznych.
Jednym z najlepszych sposobów rozwiązania problemu językowego jest jego przedstawienie na branżowych forach internetowych. Setki, a może tysiące osób logują się codziennie na forach poszukując odpowiedzi na swoje problemy, jednocześnie pomagając innym kolegom i koleżankom rozwiązywać ich problemy. Zadając pytanie na forach internetowych należy pamiętać o dwóch niezmiernie ważnych kwestiach. Po pierwsze, zadając pytanie o konkretne wyrażenie należy podać dokładny kontekst, w którym się ono pojawia. Do dobrego obyczaju należy także podać swoje propozycje co do tłumaczenia. Z reguły pierwsze odpowiedzi pojawiają się już po kilku minutach lub kilku godzinach niezależnie od pory dnia. W tym miejscu dochodzimy do drugiej ważnej kwestii. Często propozycje mogą być bardzo różne a nawet sprzeczne ze sobą. Do tłumacza należy ich ostateczna ocena. Nawet w sytuacji, gdy ktoś w odpowiedzi sugeruje ewidentną bzdurę, nie wolno takiej osoby krytykować. Pamiętając o kulturze dyskusji, można i należy wnosić wątpliwości, co do udzielonej odpowiedzi, z dala trzymając się od tzw. wycieczek personalnych. - Nigdy nie pal mostów za sobą powtarzała mi moja mama.
Ten szeroki wątek będę kontynuował w następnym wpisie. Serdecznie zachęcam do lektury i dyskusji. 

środa, 1 sierpnia 2012

Odezwa do przyszłych tłumaczy, bracia, więcej dystansu do siebie. Cykl mini-poradnika dla początkujących tłumaczy.


Praca tłumacza pisemnego może prowadzić do nerwicy, histerii i depresji. Dlatego, nie każdy człowiek, nawet najlepiej znający język, nadaje się do wykonywania tego zawodu. Z pierwszych dwóch zdań można wywnioskować, że tłumacz musi być osobą bardzo pewną siebie. Jest to prawda, ale tłumacza musi jednocześnie cechować ogromny krytycyzm wobec swojej pracy. Należy podkreślić, że krytycyzm, o którym mowa dotyczy wyników pracy, źródeł, z których tłumacz czerpie wiedzę, porad, które uzyskuje od kolegów po fachu, a nie samego siebie.
Rzeczony krytycyzm jest niezbędny do samodoskonalenia się i do poszukiwania nowych rozwiązań. Raz znalezione rozwiązanie niekoniecznie oznacza, że jest najlepsze. Nawet już po oddaniu pracy klientowi, warto po upływie kilku dni czy tygodni wrócić do tłumaczonego tekstu i przyjrzeć się mu jeszcze raz świeżym i krytycznym okiem. Może zdarzyć się tak, że do tekstu wniesie swoje uwagi korektor lub sam klient. Wówczas pierwszym odruchem nie może być zabarykadowanie się ze swoją opinią i podejściem, gdyż taki stosunek do uwag ludzi patrzących na naszą pracę z innej perspektywy, jest najzwyczajniej w świecie mało konstruktywny. Otwarcie się na opinie innych, nawet bolesne lub podawanych w sposób napastliwy może doprowadzić do sytuacji, że nasza wiedza ulegnie zwiększeniu, a jedyną ceną za tę wiedzę będzie konieczność zniesienia kilku uszczypliwych uwag. Pamiętam sytuację, gdy współpracując z drugim tłumaczem nad wspólnym tekstem, wniosłem kilka uwag do jego pracy, podając mu ‘na tacy’ nie tylko wątpliwości, ale gotowe rozwiązania wraz ze źródłami. Tłumacz nie przyjął do wiadomości żadnych uwag. Jedyną odpowiedź, jakiej się doczekałem brzmiała, że wszystko sprawdził w słowniku więc o błędach nie może być mowy. Taki sposób informowania o swoich racjach uniemożliwia konstruktywne podejście do swojej pracy. Co gorsza, powoduje także, że wiedza danej osoby nie będzie rozszerzała się. Tłumacz sam pozbywa się możliwości ewaluowania, odkrywania nowych możliwości. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że po kilku latach takiej pracy w wybranych kilku dziedzinach, praca takiej osoby nie będzie się zbytnio różnić od pracy osoby wykonującej zadanie przy taśmie produkcyjnej w fabryce. Stanie się nudna i mechaniczna. Zamiast permanentnego samorozwoju tłumacza czeka zmechanizowanie obowiązków a wszelkie odstępstwo od znanych już reguł będzie przyczyną nerwów i poczucia straconego czasu.  
Konsekwentnie, gorąco zachęcam wszystkich tłumaczy do konstruktywnego samokrytycyzmu. Zachęcam, w szczególności początkujących tłumaczy, do dzielenia się wynikami swojej pracy i poddawaniu ich ocenie innych osób. Idealnym narzędziem, które umożliwia nam uzyskanie opinii o wynikach pracy różnych osób są branżowe fora internetowe. Osobom, którym trudno oddzielić nieprzychylne opinie dotyczące wyniku pracy od swojej osoby już na wstępie odradzam wejście w trudny świat tłumaczeń pisemnych. W tym świecie dyplom, dziesiątki certyfikatów i szkoleń, a także wszystkie tytuły mają najmniejsze znaczenie.  Liczy się tylko i wyłącznie finalny wynik twojej pracy, który podlega ocenie klienta, który może ale nie musi mieć racji. Jak radzić sobie z klientami, którzy nie mają racji ale upierają się przy swoim zdaniu poświęcę co najmniej kilka tekstów na moim małym blogu. Pocieszający jest fakt, że wyjątkowo złośliwi klienci zdarzają się naprawdę rzadko. Z reguły, nasza wiedza i zaangażowanie prowadzi do oddania pracy, która jest co najmniej akceptowalna i pozwala poczuć satysfakcję.
Osoby otwarte i ciekawe tego co w pracy trudne, zabawne, denerwujące lub nietypowe zachęcam gorąco do zaglądania na strony tego bloga.